wszędzie chodzę po jajkach na bekonie
czasem nawet spalę jakąś hekatombę
czarownic swoich myśli niepotrzebnych
rankiem po fajki biegnąc
a teraz
zatrzymujemy mnie prawie w miejscu
śniegi rozdzierają się na szczeliny w pół
tworząc głębokie rumowiska pod podeszwą
rozpędzone szeregi cząsteczek stanęły w gardle
wokół bezwietrzność
i tu właśnie się otwierają
moje campingi masowej zagłady
myśli o które jest mnie za dużo
wychudłe przeżute i obdarte
do szpiku kości wałęsają się
po nadżeranych meandrach tego obozu
jeśli mam być ja
to nie one będą a będą na pewno
wytrwale i morderczo pracować na swoją wolność
ponad kominami czarny dym
zionę nim i absurdem na pełnej parze
moje mechaniczne rumaki rżą
posuwam się o krok za daleko
na torach pociągu kojarzenia
ruszam
znów biegnę
znów pędzę
za dużo tych myśli
byle do sklepu
byle coś zapalić





















