znajomą obcą twarz
i oczy
dziś oklejone obrazami
prosto z podręcznika
jak być szczęśliwym.
Spod okleiny wyziera czasem
spojrzenie naznaczone prawdą, której
nawet łzy nie są w stanie przezwyciężyć.
Oczy, które raz przeglądały się
w krzykliwym smutku
i chłodnej obojętności,
nawet gdy się śmieją
pamiętają wyryte obrazy.
Jak stygmaty broczą czasem krwią.
Zamieniam rozpacz w błazenadę,
smutek godzę z rozsądkiem,
a nienawiść przedzierzgnęłam
w wolę istnienia.
I tylko czasem nocą
budząc się w ciemnościach
na granicy jawy i snu
mam jeszcze tamto spojrzenie.
































