słodszej czereśni
świeższego mleka
prosto od krowy
bardziej kartoflanego ziemniaka
jabłka kruchszego
jak na moim Roztoczu
umalowanym ręką boską
nie spotkałem na ziemi jeszcze
miedzy wyrazistszej
zająca szarszego
pełniejszych kłosów zboża
prostszej drogi
wznioślejszego pagórka
zimniejszej wody z pompy
czerwieńszej maliny
kwiatów bardziej swojskich
niż na moim Roztoczu ukochanym
jak mam nie wspominać
pasieki pachnącej miodami
żniw sianokosów
rześkiego poranka
osełki masła ubitej
w drewnianej maselnicy
mrozu uszczypliwego
wąwozów leśnych
sadów łąk pól
przepełnionych zapachami
prawdziwej ziemi
z mojego cichego Rokitowa
żaden dom nie miał
tyle co nasz rodzinny
obrazów świętych w pokojach
tylu pieców kaflowych
tak wymownie skrzypiących
schodów na strych
zapachu mysich rodzin w komórce
pierzyn jakże ciepłych
zegara głośno tykającego
tęskni mi się
patrząc na imitację tamtego
którą teraz spożywam
oszukuję się że wiem
co dla mnie dobre



























