nie było im do śmiechu
tony stali w rynsztunku
przyodziali tego dnia mężni
chcący galopem dopaść wroga
miecze zabłysły we fleszach słońca
oślepiając wielu
sokolim okiem się wychwalających
gruchnęły o tarcze
potem kolejny i kolejny raz
nieznośny szum był jakby
preludium do natarcie
dla żądnych krwi
zwołałem wtedy swoich braci
nie dali długo się zapraszać
przybyli niesieni wiatrem
na swych skrzydłach
z szampanem
bądź z wyrazami wdzięczności
patrzyliśmy przyczajeni
na wierzchołkach drzew w lesie
choć i tych szybko zabrakło
tumany kurzu zabójczych rytuałów
unosiły się wysoko
pod wieczór zaczęły opadać
zielone pola stały się
blado-czerwonym dywanem
z ludzkich szczątków
dusze unosiły się tysiącami
grając i śpiewając
z nieznośnie miłymi uśmieszkami
gdzieniegdzie ktoś ruszał ręką
lub mrugał okiem
świeży i ciepły był jeszcze
wierzchołki opustoszały
dopadliśmy naszych przysmaków
wbijając kły
w miękkie chrupiące ciałka
czuliśmy się zwycięzcami tej bitwy























