w obnażonych gardłach, bezkresy łóżek,
które omijają w nadziei, że nie są to
kolejne wyprawy po cienie z teraz
i z kiedyś.
Zapalczywie świdrujący sufity,
aż do najkrwawszej żyły wyobrażeń,
wybudzeni, i nie do zaśnięcia,
jeszcze wstają, odbijają się w lustrze
chłopięciem, choć przecież mieli dorosnąć,
jak ich zmarszczki, dojrzeć, pogłębić się.
A teraz - zastygli w sobie,
pozostawieni w ciemności,
z jedną gwiazdą wiszącą u nogi
jak podpięta do więźnia kula
z minionej epoki.
Dobranoc - mówią - przechodząc noc,
z ręką przed sobą, pod palcami szukając
kolejnego kroku, nerwowo.




























