(to najładniejsza część miasta) jak
blisko czterdzieści lat temu, gdy
wyszedłem z matki wprost na ulicę.
tutaj schowano wszystkich Moich.
zapakowano jak czekoladki - w zamyśle -
mają spać słodko, nie straszyć, trwać niemo
jak wyniesione na strych nieczytane książki.
gdzieś nieopodal (tu wszędzie jest blisko)
dźwięk kościelnych dzwonów,
nieprzekładalny na język miasta, który
pamiętam z wierszówki płaconej w gazecie.
usiądę na moście. jakby mniejszym niż kiedyś,
ale wciąż z wypiętą parą żył kolejowych torów.
podobno - mówią tutejsi - nie toczy się nimi krew,
od dawna.





























