Gdy czuję za dużo —
widzę i słyszę ostrzej.
Niepowstrzymane łzy.
Słabość. Ciężki oddech.
Coś więcej niż smutek.
Gdy zamykam oczy —
rozumiem więcej.
Chaos we mnie
pęka i układa się wciąż.
Wszystko, co boli,
co nurtuje,
co staje przeciw mnie.
Cały ten mój
cichy krzyk.
Nie chcę już milczeć.
Nie umiem.
To rośnie we mnie —
napiera, rozsadza,
rozrywa od środka.
Chcę krzyczeć tak głośno,
aż pęknie cisza.
Aż świat usłyszy,
co noszę w sobie.
Zrzucić maskę bez litości.
Oddychać bólem.
Oddychać prawdą.
I eksplodować —
bez składania się z powrotem.
widzę i słyszę ostrzej.
Niepowstrzymane łzy.
Słabość. Ciężki oddech.
Coś więcej niż smutek.
Gdy zamykam oczy —
rozumiem więcej.
Chaos we mnie
pęka i układa się wciąż.
Wszystko, co boli,
co nurtuje,
co staje przeciw mnie.
Cały ten mój
cichy krzyk.
Nie chcę już milczeć.
Nie umiem.
To rośnie we mnie —
napiera, rozsadza,
rozrywa od środka.
Chcę krzyczeć tak głośno,
aż pęknie cisza.
Aż świat usłyszy,
co noszę w sobie.
Zrzucić maskę bez litości.
Oddychać bólem.
Oddychać prawdą.
I eksplodować —
bez składania się z powrotem.
0
0
12 odsłon