Synowie Supernowej
Węgiel w neon, neon w tlen, tlen w krzem, krzem w żelazo.
Tak do gwiazdy neutronowej
gdzie ciśnienie jest tak duże
większe niż powstańca przy murze
aż do eksplozji supernowej.
Tylko czemu my jak gwiazdy
po to tylko by coś zrobić
Musimy ciśnienie tak ogromne znosić.
Dzieci światła i ciśnienia
stąd ten ból i te zmartwienia
To w nas ciągle walczą
grawitacja i ciśnienie
Byłych wydarzeń ostatnie tchnienie.
Byleby nie zapaść się
do Czarnej Dziury
później czekałaby nas los zbójecki.
Drobne konsekwencje,
a potężne intencje.
Daleko, za mleczną rzeką
ucieka boska teka.
Wśród tej czeluści beztrosko płynie
Enola Gay spokojnie bajki pisząc;
kiedy spalony, ciężki kir na odrąbanej głowie wisząc
Obwieszcza o kwiecistej winie.
Słupków karma, odległa jak kometa
Nie słucha płaczu, gdy sunie tankieta.
Ciemność już dawno zapadła, na serca,
mrok przybył z daleka strumieniem
szerokim jak rzeka.
Dzieci Bleisa Pascal’a
i czarnej otchłani, Panowie zmyślonego
świata, na części rozłupani.
I nie ma tyle złota i tyle rdzeni
by Ci w maszynie nie urodzeni
Przeżyli bez większej trudności.
Ile można ułożyć w pustej, głębokiej
czaszce, tyle się da szczęściu urwać opłatka,
dla innych: nic, pustka, pieniądze i kratka.
Sól tej Ziemi, sól w oku
Nic nas to miejsce nie ceni.
Wirus, to brat nasz;
podobnie bezmyślny, podobnie kapryśny.
Dla Ciebie tylko głośny śmiech
Pana C
który gnie wszystko, co Ty
uważasz za domenę: intelekt,
sumienie, biografię
świadomość
Tej ostatniej coraz mnie,
na ciężkiej zimnej szybie, niezauważona
osamotniona, mały duch z wnętrza Ziemi,
gdzie leży proszek kości, wraz z historiami naszemi.
Pochowani, o których nic nie
wiemy, tylko pragniemy, pragniemy…
Wszystko, co mamy na niewiele
się zda, w ostatecznym rachunku
policzy się tylko z twierdzenia dekadenta.
Tam wszystko ma wagę inną:
pierze i stal i mrówka i słoń,
a przede wszystkim czyn i myśl,
postępek i idea,
Odarty z idei nie będzie jak bez
czerwonych szat, znacznie gorzej.
Ocali Cię tylko płomień żółto-pomarańczowy
oświetlający duszę, a nie zmęczone oblicze.
Tak naprawdę nic Cię nie ocali,
bo ocalenie to przejście, a
nie wyjście, płacz jest wszędzie
taki sam głośny.
Kroczy człowiek w dwóch złotych krawatach,
z zapalniczką na plecach.
Ma na szyi wiele krzyżyków nie od Komunii.
On już komunii nie przyjmuje, tylko…
Płaczę po cichu po nocach na sucho,
albo w dzień w aucie.
Nikt o tym nie wie, można się domyślać przyczyny…
Tak do gwiazdy neutronowej
gdzie ciśnienie jest tak duże
większe niż powstańca przy murze
aż do eksplozji supernowej.
Tylko czemu my jak gwiazdy
po to tylko by coś zrobić
Musimy ciśnienie tak ogromne znosić.
Dzieci światła i ciśnienia
stąd ten ból i te zmartwienia
To w nas ciągle walczą
grawitacja i ciśnienie
Byłych wydarzeń ostatnie tchnienie.
Byleby nie zapaść się
do Czarnej Dziury
później czekałaby nas los zbójecki.
Drobne konsekwencje,
a potężne intencje.
Daleko, za mleczną rzeką
ucieka boska teka.
Wśród tej czeluści beztrosko płynie
Enola Gay spokojnie bajki pisząc;
kiedy spalony, ciężki kir na odrąbanej głowie wisząc
Obwieszcza o kwiecistej winie.
Słupków karma, odległa jak kometa
Nie słucha płaczu, gdy sunie tankieta.
Ciemność już dawno zapadła, na serca,
mrok przybył z daleka strumieniem
szerokim jak rzeka.
Dzieci Bleisa Pascal’a
i czarnej otchłani, Panowie zmyślonego
świata, na części rozłupani.
I nie ma tyle złota i tyle rdzeni
by Ci w maszynie nie urodzeni
Przeżyli bez większej trudności.
Ile można ułożyć w pustej, głębokiej
czaszce, tyle się da szczęściu urwać opłatka,
dla innych: nic, pustka, pieniądze i kratka.
Sól tej Ziemi, sól w oku
Nic nas to miejsce nie ceni.
Wirus, to brat nasz;
podobnie bezmyślny, podobnie kapryśny.
Dla Ciebie tylko głośny śmiech
Pana C
który gnie wszystko, co Ty
uważasz za domenę: intelekt,
sumienie, biografię
świadomość
Tej ostatniej coraz mnie,
na ciężkiej zimnej szybie, niezauważona
osamotniona, mały duch z wnętrza Ziemi,
gdzie leży proszek kości, wraz z historiami naszemi.
Pochowani, o których nic nie
wiemy, tylko pragniemy, pragniemy…
Wszystko, co mamy na niewiele
się zda, w ostatecznym rachunku
policzy się tylko z twierdzenia dekadenta.
Tam wszystko ma wagę inną:
pierze i stal i mrówka i słoń,
a przede wszystkim czyn i myśl,
postępek i idea,
Odarty z idei nie będzie jak bez
czerwonych szat, znacznie gorzej.
Ocali Cię tylko płomień żółto-pomarańczowy
oświetlający duszę, a nie zmęczone oblicze.
Tak naprawdę nic Cię nie ocali,
bo ocalenie to przejście, a
nie wyjście, płacz jest wszędzie
taki sam głośny.
Kroczy człowiek w dwóch złotych krawatach,
z zapalniczką na plecach.
Ma na szyi wiele krzyżyków nie od Komunii.
On już komunii nie przyjmuje, tylko…
Płaczę po cichu po nocach na sucho,
albo w dzień w aucie.
Nikt o tym nie wie, można się domyślać przyczyny…
0
0
3 odsłon