choroba.

Biegnę, widząc przed sobą całe życie.

On jest blisko, dosięga mnie.

Powoli czuję ból, staję się cieniem,

Nicością, wyniszcza mnie od środka.



Nie zna litości, nie wie, co to czas.

Bawi się ze mną jak z małym dzieckiem.

Gdy zapomnę o nim, przychodzi i mówi:

Jeszcze przyjdzie na Ciebie pora.



Tik tak, płynie nieubłaganie czas.

Wszystkie wspomnienia, wspólne chwile,

Te dobre i złe zostaną pogrzebane.

Odejdę w zapomnieniu, bez fanfar.



Nadzieja jest jak bańka mydlana.

Unosi się w powietrzu, a później pęka.

Wiem wtedy, że nie ma dla mnie ratunku,

że powoli zbliżam się ku końcowi.



Myśli zbyt bolą, a ciało zbyt cierpi,

Lecz silną muszę być, nie poddawać się.

Bo gdy przyjdzie dzień, nie ulęknę się.

Spojrzę na niego z szyderczym uśmiechem.



* * *



I nadeszła ta ostatnia chwila,

Powoli zapadam się w szeol,

Ciemną otchłań rozpaczy.

Tam, gdzie nie znajdzie mnie już nikt.



Sama przekroczę wrota śmierci,

Nie czując strachu, ani żalu.

Z głową uniesioną, kroczyć będę,

By nie pokazać niższości.



Nie ulęknę się zła, wręcz przeciwnie

Bez bojaźni stawie mu czoła!

Wzbudzę bunt wśród rozdartych dusz.

Pokaże, że nie warto błąkać się.
0 0
5 odsłon

Komentarze (0)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

3 online
Zaloguj sie aby pisac w shoutboxie