Antymodlitwa

Słuchałem zawsze Twych oświeconych rad

Kroczyłem przez życie wedle Twych myśli

Nie ugiąłem się nigdy wobec obcych zasad

Czekałem by Twoi słudzy wreszcie po mnie przyszli



Choć mówiłeś że nie muszę brać karabinu

Gdyż nigdy nie miały nadejść chwile mojej walki

Rozpierzchło się wszystko w nowym, pięknym dniu

Gdy roztrzaskał mi się umysł na drobne kawałki



Zobaczyłem zgwałcone zwłoki mojej matki

Słyszałem świst kuli ze skroni mego brata

Miasto moje zniszczyły płynące niebem statki

Śniłem sen piękny sen wariata



Dziś zabijam ręce mam przeżarte krwią

Ołów w gardle hamuje mój oddech

Nie rozstaje się choć na chwile ze swą bronią

Poduszką mą w nocy soczysty zielony mech



Ty sam mówiłeś by Ci oddać co Twoje

A zostawić wszem władcom co do nich należy

Oddałem im wszystko – łzy krzyki i znoje

Kiedy Ty zamknąłeś się w niebieskiej wieży



Wierzyłem w Twe słowa w Twój świat idealny

Wiem że kłamałeś że wcale nie ma raju

Ziemia piekielna to nasz kres wspólny

Tam gdzie śmierć tryska niczym pąki w maju



Tato znów łaknę Twego przytulenia

Jednego słowa co potrafi oddalić me troski

Lecz prawda domaga się ujawnienia

Ciebie już nie ma
0 0
7 odsłon

Komentarze (0)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

4 online · Nessa, brzoza12
Zaloguj sie aby pisac w shoutboxie