znowu przyszła
do mnie
odziana w samotność
mój chleb powszedni
upycha tęsknoty
pod paznokcie
mamiąc
obietnicami dnia
drwi
szczerą prawdą
-mówiłam że wrócę
gdy się spotkali
nie zamieniając słowa
przylgnęli do siebie
tworząc spójność
jak dwie rozdarte połówki kartki
odnalezione przez wiatr
nie mieli czasu płakać
mówili
że z żebra uszyta
na miarę wzruszeń
że jej dotyku pragnęły owoce
zawieszone między wierszami
pomiędzy nimi
z szelestu ust pieśni nucono
gdy z włosów wianki utkane
spławiała w doliny...
by spełnić marzenia
nie wystarczy kukułka i jeden grosz
w kieszeni
czy kominiarz z kalendarzem
za uchylonymi drzwiami
gdy kolejny telefon rwie ciszę
awizując bezsenność
dokręcam butelk...
jak zawsze
zupa była zbyt słona
i sos jakiś lichy
a sztuka mięsa zostawiła nitki
na zębach
zakonserwuję uśmiech
szukając w pamięci
cholernego przepisu
za szybą wystawy ujrzałem ksi...
utknęły w pół
słowa
na końcu języka skłócone
ze sobą
nie ze mną
ostatnie krzesło
przy rodzinnym stole i dwa
samotne dni
na prywatnym krzyżu
bruderszaft za nasze
wasze
ciepłym oddechem
złożę usta
gdzie wilgoć ciał
dyktuje rozkosz
miękkością warg uchwycę
jak ty
palcami włosy
chwilę
gdy zaciskając uda
wydasz krzyk
zwieńczenia nocy
by świt nie nastał...
opadam
w białym puchu
niesiony z wolna
grawitacją
jestem po to
by widzieć
gdy mrużąc oczy
pokonujesz życie
chcę
być wybrańcem
któremu dane spłynąć
kroplą z twojej twarzy...