wiersze 1-31
1.
wiem że bywa źle
źle tak bardzo jak nie chcesz
lecz teraz zapominaj już
i nie mówmy słowami
spróbuj moich palcy wewnątrz
ból jest częścią skóry
ale krzycz jeśli chcesz
2.
anioły złości spadają zmęczone
bóg jednak czasem jest po naszej stronie
ja lubię ćpać, ona sieje mak
lecz nie chcę mieć głowy zrobionej na wrak
3.
na kilka dni stałem się tym dziwnym bogiem
którego jeszcze nie smakowałem
tym wulgarnym kaleką na swoim pokracznym wózku
jeżdżącym wyniośle po wzgórzu czaszek
tą zgniecioną fotką z uroczych wakacji
i bożyszczem pomniejszych diabłów
z okolic moich członków
amputowałem sobie całe mnóstwo kolorowych slajdów
tych kłamliwych motyli odurzonych eterem
by ulepić potwora
ze szczerej szczerości
i wejść w żyły jego
w środku ciepłego i słonecznego dnia
we własny czerwony i lepki szlam złości
jak w najsłodszą miksturę jebanego ćpuna
a teraz nagrywam ten show
wszystkie palce w twoim odbycie, kochanie
mam tu na super zoomie
i wyobraź sobie
nie podnieca mnie wcale
więcej serca, kwiatuszku!
tak mówią na kursach porno
potem polubisz tę rolę
kiedy to piszę zerkam na twarz za biurkiem
w brudnym lustrze uśmiech jest czysty jak kwas
a oczy jak najlepszego kumpla geja
który ssie resztkę herbaty z papierowego woreczka
obalony i wzgardzony
niedoszły król
w chichocie szczurów
rozciera starą musztardę przy twarzy
na powierzchni szkła
nie tracąc widoku na własne zielone oczy
i nie myśląc za wiele
o uroczych wakacjach
4.
użyj mnie, gdy zapragniesz dojść
mam teraz wolną rękę
matka bożka odstawiła mnie na bok
dla swoich świętych obrazków
i jej piotrusia pana
5.
pościel jest zimna
chowam się w nią
w takich dniach złych
sam w okopie
trochę śmierdzi się zdaje
ale izolatory potrzebne czasami są zwojom
bo nie lubię jeść brudu wśród pięknych ludzi przy srebrnym stole
i nie mogę oderwać się od powierzchni łóżka
przytyłem dwie tony i chyba boli mnie coś
pewnie skutki uboczne
nie czytałem ulotki
ołów wlewa się w mięśnie
a białka czyste jak po deszczu
próbują nie widzieć za wiele
szklanki z zimną zastygłą herbatą
okulary, gazety
telefon, monitor
na kilku metrach kwadratowego bytu
kaloryfer, telefon
niech już kurwa nie dzwoni!
w końcu wychodzę, muszę na zewnątrz
tam palę i milczę
potem już tylko milczę
takie autobusowe przystanki są orgią milczenia
jakby na coś czekały
jakby na wrzask na coś czekały
a ludzie ciągną te liny uparcie
każdy w każdą
więc nie mogę się zrosnąć
no i te głupie chłopięce cierpienie w tych gównianych wierszykach
pisanych nocą
gdy słońce nie straszy
6.
coś ssie mnie w żołądku
ja wiem swoje że miłość
coś pompuje krew w głowę
lepiej niż wszystkie świata narkotyki
więc dawaj mi więcej powoli
ja chcę tak do końca
mam w kieszeni teraz wszystkie wschody słońca
7.
bóg jest taki sam jak ja
pusty i próżny
tylko że to ja tu jestem naprawdę
i wykrwawiam się w jego przydługiej bajce
fabrykuję głupie myśli
pijąc zimne kakao o trzeciej w nocy
jeszcze mną nie trzęsie
to zaczyna się rano
wtedy jestem kimś zupełnie innym
wtedy jestem kimś jak ty
przegryzam wszystkie zepsute żyły
i myję twarz do zera
a potem zakładam te człowiecze szelki
nie mogę pokazać się bez kilku protez
bo złość nie jest wskazana
złość ma być zmyta do zera
ma być ładnie
bosko
8.
zepsute dzieci bawią się lekami
w słodkich, głupich snach gubić się najlepiej
jesteśmy razem i szukamy się w słońcu
rozlewamy śmiech by odstraszyć śmierć
otwiera się czarne drzwi, które psują krew
korytarz jest kręty bardziej niż kręty
ale nie dotykać prawdy czasami boli dużo bardziej
a nagroda w końcu stanie się lękiem
białą pustą salą
samotnią wśród żywych
żyletki mam w swoich oczach
wiercą się bardziej gdy próbuję nie patrzeć
sprężyny w skroniach czuję
napinają mnie bez żadnego rozkazu
bo dziś odlatuję na fioletowo
i nie podoba mi się świat
ten to co rzuca bólem
i nie potrafię go odbić
musiałbym krzyczeć przez cały dzień
potem sikać z balkonu i bić cię po twarzy
złośliwe potwory zasadzają się na mnie
ich przykre żarty pociągają za łzy
ja jestem tylko sam
w tym tłumie który buduje dla mnie ból
by przygotować mnie na stryczek
jak na urodzinowy tort
9.
gdy spada się w dół
leci się coraz szybciej
szybciej i coraz już szybciej
kierunki się tracą nawzajem
zderzają, zrastają, znikają
to w jakimś chorobliwym podstępie
a jednak nadal jest to spadanie
dno jest dalekie
brudne i smutne
skąpane w ludzkim odorze
i coraz ciemniej jest wokół
a anioły już nie mogą ci pomóc
przestrzeń robi się gęsta i zimna
jak wnętrze ogromnej, czarnej macicy
przestajesz więc widzieć większość tych ciemnych
tych złych twarzy dokoła
są poranione i nieme
nie próbują zaczepiać
czarny, czerwony
ciemny czerwony i czarny
wyciągnięte ręce
w promieniu kilku metrów
od resztek twojego ja
masy wrzeszczących ciał
skotłowanych członków na zwęglonej ziemi
zdziczałych istnień
walczących o resztki gorzkiego tlenu
brzydcy i zapomniani
jesteśmy tu wszyscy
ja i moi oni
wszyscy ja i wszyscy oni
jesteśmy tu
gdy w niebie zabraknie już miejsca
10.
jesteś szmatą, kochanie
i niech tak zostanie
wciągasz proch i łykasz kwas
jesteś szmatą, taką w sam raz
11.
gdzieś daleko w sobie podnoszę kamień z ulicy
namaszczam go złością
i rzucam go w ciebie
bo sprzedałaś mnie
za kilka swoich chwil miłych
kupiłaś ten świat
więc pchaj teraz go w siebie
ja nie chcę nawet już patrzeć
na tej mojej ulicy nie ma już ciebie
12.
próbuję przetrwać taki kolejny wieczór
taki cichy i kolejny
to jak japoński film
przy minimum słów maksimum napięcia
zbyt długi
zbyt długo oglądany w pustej ciemni dusznego kina
mogę się napić lub zjeść garść cudownych lekarstw
lecz wiem, że i tak
jutro znów obudzę się brudny
umazany własnym świeżym odchodem
ze wspomnień
nienawiść i złość wydalają się tak bardzo długo
że marzy się tylko o końcowych napisach
olewając treść
13.
bajka o nas skończyła się już
może i wiele jest takich
może bóg zawsze śpi
a diabeł jak dobry wujo
pozwala dziać się wszystkiemu
błogosławione zatem wszystko co chore
ja miałem to za nasz przebój
ale końcówka była już kiczem
spierdoliliśmy super scenariusz
a on nadal śpi
i nic
wielkie puste zero
nic
14.
nie dam się dziś skusić na ten grzech
mały, biały grzeszek
piękny i krótki
odwiedziny u boga
czyli głupia przejażdżka do znanego nikąd
za długo pokutowałem taki ostatni
już nie chcę
dusić się w sobie i błagać o sen
który nigdy niczego do końca nie zmywa
i nie wybacza
zostawia tylko rany
podłe, tępe dziury w świeżym ciele
podłe, małe ciało w dziurze kosmosu
i te tony myśli, których się nie chce
15.
zszarpany i słaby
nie mam sił już skleić się w piękno
nie mam ochoty już bawić się w ludzi
w ich wielkiej piaskownicy z tymi ich foremkami
mam tylko grabki
mamo, mam tylko grabki
zabierz mnie stąd
zmęczony i spocony wstydliwie
palę papierosa próbując zagrać to jak najlepiej
wyciskać resztki dumy do granicy kłamstwa
i tak nikt za to mnie nie pokocha
ja również
szukam tylko kogoś z grabkami
tylko kogoś
popatrz więc teraz jak żałośnie odstaję
od waszych nadętych bogów
jestem jednych z tych czarnych dzieci
o których nikt nie słyszy
brzydki
i nie mam już co kryć
wykwitłem na przekór
tylko dla kilku osób
tylko dla własnych miejsc
potem już tylko dla siebie
i pójdę dalej
z moimi grabkami
nikt o mnie już nie usłyszy
nikt nie zapyta
16.
mam dla ciebie
naprawdę ładną nienawiści dawkę
zjedz to, proszę
zaraz wypłynie mi z brzucha
chcę zobaczyć cię po niej
bo nie będzie już nigdy jak kiedyś
nigdy już nie będzie tak ciepło
w moim domu deszcz pada
zalało telefon i książki
ja obudziłem się mokry
teraz palę papierosa tkwiąc pod biurkiem
i patrząc na to bez miny
a trampki na moich nogach
napełniają się krwią powoli
może coś większego złości się na mnie
coś większego jest może w tej nienawiści
może miłość nawet
teraz zjesz to
a potem z krwią ci to z nosa wypłynie
gdy wszyscy ci twoi oni
będą posuwać cię mocno
17.
pali się
teraz to już wszystko się pali
pali się i wariuje dokoła
sam siebie świat w bólu przebiera
w szary, suchy popiół
żadne łzy nie zrobią znów z niego błota
żadnych łez już nie będzie
ziemia zrzuca swą skórę
a ogień kroczy po niej zachłannie
jak wygłodniały kochanek
i jego tysiące języków
ruszył las
uciekają zwierzęta
wszystkie w tym samym kierunku
a każde w innym tym swoim
mechanicznie i w szoku
głupie stworzenia
dzieła starego grafomana sprzed tysięcy lat
bo oto nowy bóg i jego nowe gwiazdy
zaczynają pieprzyć się coraz śmielej
na czarnym niebie
tu w dole czuje się tylko ostry swąd palonego robactwa
małych pająków próbujących uciekać
i reszty ich bractwa
z ludźmi wśród nich
ogień w końcu zużyje sam siebie
i coraz śmielej zacznie deszcz padać
nowa, świeża sperma na szary popiół
jest cicho
jak to o jedenastej wieczór
mój pokój dawno już zdążył nasiąknąć ciemnością
ja zdążyłem już z dnia odsiąknąć
zastrzyk mocnej herbaty w serce
uszlachetnia mą krew po głowę
i oczyszcza machinę jelit
z całego syfu
jak morze, które wyrzuca ciała na piasek
choć nigdy do końca
18.
nie podobam ci się teraz
widzę jak brzydzisz się
nie uśmiecham się i nie próbuję
gdy żyły zapycha ból
a krawat zaciska się jak węża jęzor
ja grzesznik, który pragnie być grzesznikiem
złamany i zły
i wszystkie moje zjebane dni
jak powiadał pan budda że
wszystko cierpi
i wszystko cierpieć nie chce
tylko diabeł zostaje przy tobie
gdy popadasz w obłęd
tylko obłęd zostaje w tobie
gdy zaczynasz wołać na boga
nikt nie lubi chłopca-idioty
czarnego robaka strzepuje się z rękawa
gdybym miał sześćset dłoni
wszystkie one pokazywałyby wam teraz
swój środkowy palec
oddani przyjaciele, których nigdy nie było
gdzie był wasz bóg, gdy szukałem pomocy
gdzie był, gdy nie mogłem znaleźć
i jemu też dedykuję swe palce
19.
wszystkie piękne ptaki uciekły do swych głuchych kryjówek
podobno bez światła nie istnieje nic
ja zostałem tu jednak
nikt nie odwiedza mnie w moim wielkim domu
czasem boję się nocy
wtedy własne myśli biorę za przyjaciół
20.
weź swe kondomy dziewczynko i ruszaj
dzień będzie dobry
marnujesz tylko swój oddech
widziałem już takich, co za życia umierają
zaczynało się od głowy
nigdy od serca
weź więcej
21.
twoje perfumy tylko dławią mi płuca
nie jestem tatusiem i nie będę cię karał
gdy zapragniesz tego powiedz 'pieprz mnie' nie 'proszę'
nie lubię aluzji
to nie ma być ładne
i najpierw zmyjesz to z siebie
bo ja nie
22.
przyjąłem w ciało tę samą ciecz
którą ty trujesz się stale
dałem tak unieść się w górę
i było dobrze
chcąc zrozumieć chorego
musisz sam zachorować
dlatego rano już nie chciałem się śmiać
w głowie taki film wyświetliłem
w którym odpływasz daleko w tej cieczy
23.
przywołam słońce o którym mówiłem
zignoruj ból, który nam podam
i przytrzymaj mnie mocno
gdy bóg zacznie szarpać ci ciało
a słońce będzie tuż tuż
24.
morderca jest w telewizji
na wszystkich kanałach od kilku godzin
ktoś ważny coś mówił, i znowu coś mówi
chyba jakiś prezydent
drugi, potem trzeci
ludzie jacyś w szoku
kadr jest cały w dymie
nie do końca rozumiem
że coś wybuchło, się pali
jakaś wieża, czy dwie
dzisiaj świat jest w panice
a dla mnie zwykły dzień przed siedemnastą
wychodzę na zewnątrz spalić jednego
słońce świeci nadal, a niebo niebieskie
wakacji mi trochę zostało
czyli spoko jest jeszcze
25.
jestem każdym swym pieprzonym dniem
w którym taplam swe i się
liczne dłonie, każdy por
w cichym zapachu krew w powietrzu krwawi
ciepły odór nie omija żadnych wymiarów
pobudza by wyjść nie wracając
a jeśli wyjść nie da się jakbym chciał?
zostaje truć umysł na słodko
i karmić dnie szarym ja
by żyć normalnie
ze wszystkimi zwierzętami
w pieprzonej zgodzie na niby
bez tej prostej ucieczki 'dwie minuty zabawy z nożem'
co mimo orgazmów czasem nocą przychodzi w złych myślach
otóż samobójcy są instynktowni
jak niemowlę z niebezpieczeństwem w małych dłoniach
nie jak ja kiedy piszę o wyjściu
tylko myślę przed sobą żałośnie
głośno mówię z mównicy mej głowy
do tłumu pustego swojego
by bać się tego mniej
i powietrza tego wokół
jak owo dziecko, co wyczuwa gaz
i krzyczy nie wiedząc co może innego
26.
jak ściera przy zlewie
jest moje zdrowie
z tą wieżą talerzy, co tli się brudem
wszystko się pali
klei się wszystko
tylko łyżka mi się jakoś dziwnie przygląda
a czajnik coś buczy chcąc zwrócić uwagę
i mówi: ‘na zdrowie!’, gdy robię herbatę
27.
moja złość jest na wizji
więc zbliżenie dajcie, kurwa
i bębny głośniej poproszę
niezłą imprezę tu mamy
godzina 20:00 w ErniTV
tłum nerwowo oddycha mi w plecy
ktoś tu przyszedł obejrzeć śmierć, skurwysyny?!
pokaż mi jak bardzo szalona potrafisz się stać
chcę tego
chcę
chcę cię oglądać na żywca
114 metrów w dół
kiedy powiem: ’jump da fuck out’, lecisz motylku!
już się pocę
i krew pulsuje jak głupia
dajcie mi sekundę, dzikie dzieciaki!
niech wasz pieprzony bóg też to obejrzy!
6.000 komnat jest w twojej głowie
gorzki dym ich ściany liże,
gdy palisz teraz papierosa
a pan twoim pasterzem, więć spierdalaj !!!!!!!!
28.
ona jest chemią
złożoną i dziką
i wlała się we mnie tak szybko
bez ostrzeżenia, znikąd
jak kwaśna zieleń wlana do herbaty
jak moment paniki w tłumie w zwykły dzień
strzał do prezydenta, którym jestem ja
pod skórą się zmieniam
tak bardzo się boję
tak boję się bardzo
ja swoją głowę mam
ona też swój rozum ma
jej usta, moja czapka
papierosy, ten park
bez tego wszystkiego nie byłoby możliwe,
co działo się dzisiaj
właściwie wczoraj
bo już po północy
wyświetlam ten film
nie mogę się znaleźć
stworzyć nowe ja
nie pamiętam siebie z przed tygodnia
to się rozbiło jak o ścianę szklanka
pozbieraj mnie proszę
bo teraz mnie boli
czasami chcę biec gdzieś
tak bardzo się boję
ona się przygląda i nie wiem, co myśli
jeszcze mnie nie rani
że zacznie, nie wątpię
29.
bóg uszył mi dziwny kostium
coś jest za duże
coś za małe jest
więc inne lalki śmieją się ze mnie
dziś jest źle
coś częstuje bólem
nie chciałbyś być mną
to może boleć
bo ludzka głowa zna wiele kierunków
jeśli ty jesteś czarnym
to ja białym zostaję
a gdy białym się stajesz
ja czarnym być chcę
30.
wszystko przysypia wraz z nocnym szumem
tanich informacji, nielegalnych transmisji
i cyfrowych przekazów
gdzie ostatnie radia grają w ostatnich miastach
chorą muzykę chorych dj-i
31.
dzień właśnie się zaczął
i to jak
policja się zjeżdża
a ja sam w swoim ciasnym pokoju
jestem w nerwach
zjeżdżają się zewsząd
sprawdzam czy drzwi zamknięte
i łykam co mam
ciekawe, czy dobrze się bawią
włączam drum’n’bass
i wyjmuję z szuflady broń taty
niech więc stanie się wojna, panowie!
dziś raczej nie zjem śniadania
ernestein@tlen.pl
wiem że bywa źle
źle tak bardzo jak nie chcesz
lecz teraz zapominaj już
i nie mówmy słowami
spróbuj moich palcy wewnątrz
ból jest częścią skóry
ale krzycz jeśli chcesz
2.
anioły złości spadają zmęczone
bóg jednak czasem jest po naszej stronie
ja lubię ćpać, ona sieje mak
lecz nie chcę mieć głowy zrobionej na wrak
3.
na kilka dni stałem się tym dziwnym bogiem
którego jeszcze nie smakowałem
tym wulgarnym kaleką na swoim pokracznym wózku
jeżdżącym wyniośle po wzgórzu czaszek
tą zgniecioną fotką z uroczych wakacji
i bożyszczem pomniejszych diabłów
z okolic moich członków
amputowałem sobie całe mnóstwo kolorowych slajdów
tych kłamliwych motyli odurzonych eterem
by ulepić potwora
ze szczerej szczerości
i wejść w żyły jego
w środku ciepłego i słonecznego dnia
we własny czerwony i lepki szlam złości
jak w najsłodszą miksturę jebanego ćpuna
a teraz nagrywam ten show
wszystkie palce w twoim odbycie, kochanie
mam tu na super zoomie
i wyobraź sobie
nie podnieca mnie wcale
więcej serca, kwiatuszku!
tak mówią na kursach porno
potem polubisz tę rolę
kiedy to piszę zerkam na twarz za biurkiem
w brudnym lustrze uśmiech jest czysty jak kwas
a oczy jak najlepszego kumpla geja
który ssie resztkę herbaty z papierowego woreczka
obalony i wzgardzony
niedoszły król
w chichocie szczurów
rozciera starą musztardę przy twarzy
na powierzchni szkła
nie tracąc widoku na własne zielone oczy
i nie myśląc za wiele
o uroczych wakacjach
4.
użyj mnie, gdy zapragniesz dojść
mam teraz wolną rękę
matka bożka odstawiła mnie na bok
dla swoich świętych obrazków
i jej piotrusia pana
5.
pościel jest zimna
chowam się w nią
w takich dniach złych
sam w okopie
trochę śmierdzi się zdaje
ale izolatory potrzebne czasami są zwojom
bo nie lubię jeść brudu wśród pięknych ludzi przy srebrnym stole
i nie mogę oderwać się od powierzchni łóżka
przytyłem dwie tony i chyba boli mnie coś
pewnie skutki uboczne
nie czytałem ulotki
ołów wlewa się w mięśnie
a białka czyste jak po deszczu
próbują nie widzieć za wiele
szklanki z zimną zastygłą herbatą
okulary, gazety
telefon, monitor
na kilku metrach kwadratowego bytu
kaloryfer, telefon
niech już kurwa nie dzwoni!
w końcu wychodzę, muszę na zewnątrz
tam palę i milczę
potem już tylko milczę
takie autobusowe przystanki są orgią milczenia
jakby na coś czekały
jakby na wrzask na coś czekały
a ludzie ciągną te liny uparcie
każdy w każdą
więc nie mogę się zrosnąć
no i te głupie chłopięce cierpienie w tych gównianych wierszykach
pisanych nocą
gdy słońce nie straszy
6.
coś ssie mnie w żołądku
ja wiem swoje że miłość
coś pompuje krew w głowę
lepiej niż wszystkie świata narkotyki
więc dawaj mi więcej powoli
ja chcę tak do końca
mam w kieszeni teraz wszystkie wschody słońca
7.
bóg jest taki sam jak ja
pusty i próżny
tylko że to ja tu jestem naprawdę
i wykrwawiam się w jego przydługiej bajce
fabrykuję głupie myśli
pijąc zimne kakao o trzeciej w nocy
jeszcze mną nie trzęsie
to zaczyna się rano
wtedy jestem kimś zupełnie innym
wtedy jestem kimś jak ty
przegryzam wszystkie zepsute żyły
i myję twarz do zera
a potem zakładam te człowiecze szelki
nie mogę pokazać się bez kilku protez
bo złość nie jest wskazana
złość ma być zmyta do zera
ma być ładnie
bosko
8.
zepsute dzieci bawią się lekami
w słodkich, głupich snach gubić się najlepiej
jesteśmy razem i szukamy się w słońcu
rozlewamy śmiech by odstraszyć śmierć
otwiera się czarne drzwi, które psują krew
korytarz jest kręty bardziej niż kręty
ale nie dotykać prawdy czasami boli dużo bardziej
a nagroda w końcu stanie się lękiem
białą pustą salą
samotnią wśród żywych
żyletki mam w swoich oczach
wiercą się bardziej gdy próbuję nie patrzeć
sprężyny w skroniach czuję
napinają mnie bez żadnego rozkazu
bo dziś odlatuję na fioletowo
i nie podoba mi się świat
ten to co rzuca bólem
i nie potrafię go odbić
musiałbym krzyczeć przez cały dzień
potem sikać z balkonu i bić cię po twarzy
złośliwe potwory zasadzają się na mnie
ich przykre żarty pociągają za łzy
ja jestem tylko sam
w tym tłumie który buduje dla mnie ból
by przygotować mnie na stryczek
jak na urodzinowy tort
9.
gdy spada się w dół
leci się coraz szybciej
szybciej i coraz już szybciej
kierunki się tracą nawzajem
zderzają, zrastają, znikają
to w jakimś chorobliwym podstępie
a jednak nadal jest to spadanie
dno jest dalekie
brudne i smutne
skąpane w ludzkim odorze
i coraz ciemniej jest wokół
a anioły już nie mogą ci pomóc
przestrzeń robi się gęsta i zimna
jak wnętrze ogromnej, czarnej macicy
przestajesz więc widzieć większość tych ciemnych
tych złych twarzy dokoła
są poranione i nieme
nie próbują zaczepiać
czarny, czerwony
ciemny czerwony i czarny
wyciągnięte ręce
w promieniu kilku metrów
od resztek twojego ja
masy wrzeszczących ciał
skotłowanych członków na zwęglonej ziemi
zdziczałych istnień
walczących o resztki gorzkiego tlenu
brzydcy i zapomniani
jesteśmy tu wszyscy
ja i moi oni
wszyscy ja i wszyscy oni
jesteśmy tu
gdy w niebie zabraknie już miejsca
10.
jesteś szmatą, kochanie
i niech tak zostanie
wciągasz proch i łykasz kwas
jesteś szmatą, taką w sam raz
11.
gdzieś daleko w sobie podnoszę kamień z ulicy
namaszczam go złością
i rzucam go w ciebie
bo sprzedałaś mnie
za kilka swoich chwil miłych
kupiłaś ten świat
więc pchaj teraz go w siebie
ja nie chcę nawet już patrzeć
na tej mojej ulicy nie ma już ciebie
12.
próbuję przetrwać taki kolejny wieczór
taki cichy i kolejny
to jak japoński film
przy minimum słów maksimum napięcia
zbyt długi
zbyt długo oglądany w pustej ciemni dusznego kina
mogę się napić lub zjeść garść cudownych lekarstw
lecz wiem, że i tak
jutro znów obudzę się brudny
umazany własnym świeżym odchodem
ze wspomnień
nienawiść i złość wydalają się tak bardzo długo
że marzy się tylko o końcowych napisach
olewając treść
13.
bajka o nas skończyła się już
może i wiele jest takich
może bóg zawsze śpi
a diabeł jak dobry wujo
pozwala dziać się wszystkiemu
błogosławione zatem wszystko co chore
ja miałem to za nasz przebój
ale końcówka była już kiczem
spierdoliliśmy super scenariusz
a on nadal śpi
i nic
wielkie puste zero
nic
14.
nie dam się dziś skusić na ten grzech
mały, biały grzeszek
piękny i krótki
odwiedziny u boga
czyli głupia przejażdżka do znanego nikąd
za długo pokutowałem taki ostatni
już nie chcę
dusić się w sobie i błagać o sen
który nigdy niczego do końca nie zmywa
i nie wybacza
zostawia tylko rany
podłe, tępe dziury w świeżym ciele
podłe, małe ciało w dziurze kosmosu
i te tony myśli, których się nie chce
15.
zszarpany i słaby
nie mam sił już skleić się w piękno
nie mam ochoty już bawić się w ludzi
w ich wielkiej piaskownicy z tymi ich foremkami
mam tylko grabki
mamo, mam tylko grabki
zabierz mnie stąd
zmęczony i spocony wstydliwie
palę papierosa próbując zagrać to jak najlepiej
wyciskać resztki dumy do granicy kłamstwa
i tak nikt za to mnie nie pokocha
ja również
szukam tylko kogoś z grabkami
tylko kogoś
popatrz więc teraz jak żałośnie odstaję
od waszych nadętych bogów
jestem jednych z tych czarnych dzieci
o których nikt nie słyszy
brzydki
i nie mam już co kryć
wykwitłem na przekór
tylko dla kilku osób
tylko dla własnych miejsc
potem już tylko dla siebie
i pójdę dalej
z moimi grabkami
nikt o mnie już nie usłyszy
nikt nie zapyta
16.
mam dla ciebie
naprawdę ładną nienawiści dawkę
zjedz to, proszę
zaraz wypłynie mi z brzucha
chcę zobaczyć cię po niej
bo nie będzie już nigdy jak kiedyś
nigdy już nie będzie tak ciepło
w moim domu deszcz pada
zalało telefon i książki
ja obudziłem się mokry
teraz palę papierosa tkwiąc pod biurkiem
i patrząc na to bez miny
a trampki na moich nogach
napełniają się krwią powoli
może coś większego złości się na mnie
coś większego jest może w tej nienawiści
może miłość nawet
teraz zjesz to
a potem z krwią ci to z nosa wypłynie
gdy wszyscy ci twoi oni
będą posuwać cię mocno
17.
pali się
teraz to już wszystko się pali
pali się i wariuje dokoła
sam siebie świat w bólu przebiera
w szary, suchy popiół
żadne łzy nie zrobią znów z niego błota
żadnych łez już nie będzie
ziemia zrzuca swą skórę
a ogień kroczy po niej zachłannie
jak wygłodniały kochanek
i jego tysiące języków
ruszył las
uciekają zwierzęta
wszystkie w tym samym kierunku
a każde w innym tym swoim
mechanicznie i w szoku
głupie stworzenia
dzieła starego grafomana sprzed tysięcy lat
bo oto nowy bóg i jego nowe gwiazdy
zaczynają pieprzyć się coraz śmielej
na czarnym niebie
tu w dole czuje się tylko ostry swąd palonego robactwa
małych pająków próbujących uciekać
i reszty ich bractwa
z ludźmi wśród nich
ogień w końcu zużyje sam siebie
i coraz śmielej zacznie deszcz padać
nowa, świeża sperma na szary popiół
jest cicho
jak to o jedenastej wieczór
mój pokój dawno już zdążył nasiąknąć ciemnością
ja zdążyłem już z dnia odsiąknąć
zastrzyk mocnej herbaty w serce
uszlachetnia mą krew po głowę
i oczyszcza machinę jelit
z całego syfu
jak morze, które wyrzuca ciała na piasek
choć nigdy do końca
18.
nie podobam ci się teraz
widzę jak brzydzisz się
nie uśmiecham się i nie próbuję
gdy żyły zapycha ból
a krawat zaciska się jak węża jęzor
ja grzesznik, który pragnie być grzesznikiem
złamany i zły
i wszystkie moje zjebane dni
jak powiadał pan budda że
wszystko cierpi
i wszystko cierpieć nie chce
tylko diabeł zostaje przy tobie
gdy popadasz w obłęd
tylko obłęd zostaje w tobie
gdy zaczynasz wołać na boga
nikt nie lubi chłopca-idioty
czarnego robaka strzepuje się z rękawa
gdybym miał sześćset dłoni
wszystkie one pokazywałyby wam teraz
swój środkowy palec
oddani przyjaciele, których nigdy nie było
gdzie był wasz bóg, gdy szukałem pomocy
gdzie był, gdy nie mogłem znaleźć
i jemu też dedykuję swe palce
19.
wszystkie piękne ptaki uciekły do swych głuchych kryjówek
podobno bez światła nie istnieje nic
ja zostałem tu jednak
nikt nie odwiedza mnie w moim wielkim domu
czasem boję się nocy
wtedy własne myśli biorę za przyjaciół
20.
weź swe kondomy dziewczynko i ruszaj
dzień będzie dobry
marnujesz tylko swój oddech
widziałem już takich, co za życia umierają
zaczynało się od głowy
nigdy od serca
weź więcej
21.
twoje perfumy tylko dławią mi płuca
nie jestem tatusiem i nie będę cię karał
gdy zapragniesz tego powiedz 'pieprz mnie' nie 'proszę'
nie lubię aluzji
to nie ma być ładne
i najpierw zmyjesz to z siebie
bo ja nie
22.
przyjąłem w ciało tę samą ciecz
którą ty trujesz się stale
dałem tak unieść się w górę
i było dobrze
chcąc zrozumieć chorego
musisz sam zachorować
dlatego rano już nie chciałem się śmiać
w głowie taki film wyświetliłem
w którym odpływasz daleko w tej cieczy
23.
przywołam słońce o którym mówiłem
zignoruj ból, który nam podam
i przytrzymaj mnie mocno
gdy bóg zacznie szarpać ci ciało
a słońce będzie tuż tuż
24.
morderca jest w telewizji
na wszystkich kanałach od kilku godzin
ktoś ważny coś mówił, i znowu coś mówi
chyba jakiś prezydent
drugi, potem trzeci
ludzie jacyś w szoku
kadr jest cały w dymie
nie do końca rozumiem
że coś wybuchło, się pali
jakaś wieża, czy dwie
dzisiaj świat jest w panice
a dla mnie zwykły dzień przed siedemnastą
wychodzę na zewnątrz spalić jednego
słońce świeci nadal, a niebo niebieskie
wakacji mi trochę zostało
czyli spoko jest jeszcze
25.
jestem każdym swym pieprzonym dniem
w którym taplam swe i się
liczne dłonie, każdy por
w cichym zapachu krew w powietrzu krwawi
ciepły odór nie omija żadnych wymiarów
pobudza by wyjść nie wracając
a jeśli wyjść nie da się jakbym chciał?
zostaje truć umysł na słodko
i karmić dnie szarym ja
by żyć normalnie
ze wszystkimi zwierzętami
w pieprzonej zgodzie na niby
bez tej prostej ucieczki 'dwie minuty zabawy z nożem'
co mimo orgazmów czasem nocą przychodzi w złych myślach
otóż samobójcy są instynktowni
jak niemowlę z niebezpieczeństwem w małych dłoniach
nie jak ja kiedy piszę o wyjściu
tylko myślę przed sobą żałośnie
głośno mówię z mównicy mej głowy
do tłumu pustego swojego
by bać się tego mniej
i powietrza tego wokół
jak owo dziecko, co wyczuwa gaz
i krzyczy nie wiedząc co może innego
26.
jak ściera przy zlewie
jest moje zdrowie
z tą wieżą talerzy, co tli się brudem
wszystko się pali
klei się wszystko
tylko łyżka mi się jakoś dziwnie przygląda
a czajnik coś buczy chcąc zwrócić uwagę
i mówi: ‘na zdrowie!’, gdy robię herbatę
27.
moja złość jest na wizji
więc zbliżenie dajcie, kurwa
i bębny głośniej poproszę
niezłą imprezę tu mamy
godzina 20:00 w ErniTV
tłum nerwowo oddycha mi w plecy
ktoś tu przyszedł obejrzeć śmierć, skurwysyny?!
pokaż mi jak bardzo szalona potrafisz się stać
chcę tego
chcę
chcę cię oglądać na żywca
114 metrów w dół
kiedy powiem: ’jump da fuck out’, lecisz motylku!
już się pocę
i krew pulsuje jak głupia
dajcie mi sekundę, dzikie dzieciaki!
niech wasz pieprzony bóg też to obejrzy!
6.000 komnat jest w twojej głowie
gorzki dym ich ściany liże,
gdy palisz teraz papierosa
a pan twoim pasterzem, więć spierdalaj !!!!!!!!
28.
ona jest chemią
złożoną i dziką
i wlała się we mnie tak szybko
bez ostrzeżenia, znikąd
jak kwaśna zieleń wlana do herbaty
jak moment paniki w tłumie w zwykły dzień
strzał do prezydenta, którym jestem ja
pod skórą się zmieniam
tak bardzo się boję
tak boję się bardzo
ja swoją głowę mam
ona też swój rozum ma
jej usta, moja czapka
papierosy, ten park
bez tego wszystkiego nie byłoby możliwe,
co działo się dzisiaj
właściwie wczoraj
bo już po północy
wyświetlam ten film
nie mogę się znaleźć
stworzyć nowe ja
nie pamiętam siebie z przed tygodnia
to się rozbiło jak o ścianę szklanka
pozbieraj mnie proszę
bo teraz mnie boli
czasami chcę biec gdzieś
tak bardzo się boję
ona się przygląda i nie wiem, co myśli
jeszcze mnie nie rani
że zacznie, nie wątpię
29.
bóg uszył mi dziwny kostium
coś jest za duże
coś za małe jest
więc inne lalki śmieją się ze mnie
dziś jest źle
coś częstuje bólem
nie chciałbyś być mną
to może boleć
bo ludzka głowa zna wiele kierunków
jeśli ty jesteś czarnym
to ja białym zostaję
a gdy białym się stajesz
ja czarnym być chcę
30.
wszystko przysypia wraz z nocnym szumem
tanich informacji, nielegalnych transmisji
i cyfrowych przekazów
gdzie ostatnie radia grają w ostatnich miastach
chorą muzykę chorych dj-i
31.
dzień właśnie się zaczął
i to jak
policja się zjeżdża
a ja sam w swoim ciasnym pokoju
jestem w nerwach
zjeżdżają się zewsząd
sprawdzam czy drzwi zamknięte
i łykam co mam
ciekawe, czy dobrze się bawią
włączam drum’n’bass
i wyjmuję z szuflady broń taty
niech więc stanie się wojna, panowie!
dziś raczej nie zjem śniadania
ernestein@tlen.pl
0
0
6 odsłon