Do Matki...

Ileś łez wylanych smutków zawinionych w bólu serca wstyd marnotrawny…

Budzisz mnie ciemną porą jasnym świtem przy mnie trwasz…

Kwili duma ma zrodziłem w Tobie gniew bez zaleczenia

Tych niepotrzebnych ran…

Wznieciłem wątpliwość nagą choć strzeżesz mych życia bram

Gdzieś tam na wzgórzu serca strumień życia topi się we mgle

Blednie ta czerwień poczętej miłości…

Do mnie niegdyś mówiono jak we śnie dziecka tak małego jak mój świat…

Opiekę porzuciłem jeszcze podknięciem się na granicy sumienia mego

I samodzielność słaba jak me lata niedojrzałe…

Wróciłem…w innych wartościach i postawie się mienie…

Wysłuchał mnie stary ksiądz co wiernie oczy natchnione od Boga ma otwarte…

Barwny dźwięk i zdradliwa wrzawa odkrywa się jak lawa złych wspomnień…

O Matko…jak dawniej się piękno srebrzyło szczerością przemawiał do mnie Życia sens

rękę otrzymałem na wołanie gdym miał straszliwy sen…

Pamiętam zapisek ostatniej kartki …uciekłem nie tą drogą co mi nakazałaś

Dziś choć nie ma Cię przy mnie przemawiają do mnie te anioły z dziecięcych najwspanialszych lat gdzie Słońce w zenicie mej duszy wzbiło się do obłoków mych upojnych marzeń…

Tęsknię po Tobie…gdybyś mogła ukoić piekielny ból i pokryć swym matczynym płaszczem złe dni…

Natenczas jedynie walki przeznaczenia chwytam się niczym rady ostatniego przyjaciela[…]
0 0
1 odsłon

Komentarze (0)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

0 online
Zaloguj sie aby pisac w shoutboxie