Przejdź do treści

ŚMIERCI NIE MA

Thomasowi Eliotowi I Śmierć wyprowadzić z siebie jak zużyty mebel – umówmy się, że jest inwalidzkim wózkiem który przykuwa do linii poziomego ruchu Odkąd zyskuję spokój, nie ma już mowy o grzechu, studiuję dalekie wschody księżyca i upajam się sobą – głębokim oddechem obojętności oddalam od siebie śmiertelność Sypiam teraz z mędrcami jakże poważne zajęcie źródlaną wodę piję w porze najczęstszych zapłodnień – pociągały mnie przecież te namiętne słowa, przez czułość na słowa wielbiłem tę grę – kaleki surogat miłości Jest wokół mnie zbyt dużo przeszłości książki i zdjęcia, notatki i listy suszone róże, ubrania i ludzie – to w nich jest śmierć? II Zakodowano we mnie, że umrę że piekło mnie czeka, jeśli modlitwy zaniecham – a opium dla ludu że pieniądze szczęścia nie dają – a wieża z kości słoniowej że Judasz zdradził Chrystusa – a miłość nieskończona że muszę być wdzięczny rodzicom Że słowo Ojczyzna jest święte – a woda święcona że prawdziwy mężczyzna nie płacze – a Bóg z dużej litery że starszy znaczy mądrzejszy – a słowa na wiatr że rak jest śmiertelny Że stuletni oznacza stary – a apostołów dwunastu że odkrycie światła oświeciło ludzi – a ogień piekielny że Żyd cuchnie czosnkiem – a grzech śmiertelny że głupek przeciwko spędzaniu płodu – a Janko muzykant że w średniowieczu panowały stosy – a papież Polakiem że noc się pojawia wieczorem że alfa i omega Zakodowano we mnie, że umrę między wiosną a zimą, że ciało choruje, a rany leczy czas że róż nie szkoda, kiedy płonie las III Pośród drzew ślęcząc, słyszę szelest którego w przestrachu przepędzić nie umiem trzeszczą kości przeszłości, jęczą liście wyłażą spod darni zapite mumie – wyłażą koszmarne, zaropiałe mary insekty przyjaciół, kochanek larwy – jad bólu sączy się i ślimaczy w czarnym osoczu chorób, zboczeń – bezbarwny korowód, który z łapskami do gardła podpełza, bym słowa wydusił te, co uwięzły w uścisku imadła wstydu, i dręczy umysł, który kusi zmysły. Uciekam przykuty do drzewa ćwiekiem, duszący się w sobie, w bok mnie bodą: „Gdzie twój lament? krzycz, śpiewaj!” – aż wreszcie usta zioną ogniem. Amen. IV Śmierć wyprowadzam z siebie jak zużyty mebel – powiedzmy szafę starą, co nie pasuje do tego łóżka foteli, stołów, obrazów, a jednak jest jak miłość do kraju – zbutwiała i nie na miejscu a jednak konieczna Koszmary nocne podważają moją reputację – wiadro wody wylewam na głowę lecz jak oszukać siebie? śmierć jest żywą uczestniczką życia I kogo błagać? i jak się modlić? by nie być samotnym, a nie posiadać rzeczy ni ludzi. Kim bym się stać musiał? Buddą? Jezusem? bezosobowym świadkiem który obserwuje zdarzenia i nie dotyczą go one? V Poważnie myślę, kim jesteś, skoro jestem pośród milcząco salutujących szeregów książek – to w nich jest śmierć? Teraz, gdy leżę młody albo stary niechże to nie ma znaczenia przeczuwam chyba, że cykl życia i śmierci równy jest wobec wszystkich – niesprawiedliwość w kosmosie nie ma podstaw istnienia niemowlę umierając, przeżyło tyle, co starzec dzieciństwo, młodość i wieki średnie – w ułamku czasu płyną dziesięciolecia Jaki to umysł zrozumie? Jaką to winą obarczamy Boga? o długowieczni konający młodzieńcy o długowieczni agonalni ułomni że sprowadza nieszczęścia, kalectwo i przedwczesną śmierć? Jaki to Bóg byłby tak srogi by dzielić nierówno? To moja bezmyślność i twoje myślenie to wspólne ograniczenie, co czyni z nas mędrców zasiewa śmierć! Powiedzmy więc, że teraz, skoro jest poranek i skończył się koszmar, i nie wszystkie kobiety odeszły, i została jedna, żeby się odciąć od tej europy, która mi wlazła butami do łóżka – wchodzę do szafy i w niej gram na skrzypcach
40 odsłon

Komentarze (0)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

Menu

Dodaj wiersz

Zaloguj się lub załóż konto, aby dodać wiersz.

Dodaj wiersz
Twoje konto
Shoutbox
0 online
Zaloguj sie aby pisac w shoutboxie