Pada dziś. Od świtu pada.
Taka aura smuci mnie.
Każdy dziś kalosze wkłada
A ja nie mam. Nie chcę. Nie!
Ja w sandałach śmigam stale
Lecz listopad to mój wróg.
Gdy brak deszczu - doskonale,
Deszcz - granicą szczęścia próg.
Lubię deszczyk, owszem - w maju,
Kiedy ciepły zrosi mnie.
Wtedy miło niczym w raju.
W listopadzie deszcz jest be.
Kropla deszczu - korzec błota.
Sąsiad tapla się w banałach.
Wstrętny jest mokry listopad.
Jak przez błoto przejść w sandałach?
Czekać będę aż mróz skuje
Ścieżki moje i utwardzi.
Ja przez życie pielgrzymuję.
A w sandałach jeszcze bardziej.
Taka aura smuci mnie.
Każdy dziś kalosze wkłada
A ja nie mam. Nie chcę. Nie!
Ja w sandałach śmigam stale
Lecz listopad to mój wróg.
Gdy brak deszczu - doskonale,
Deszcz - granicą szczęścia próg.
Lubię deszczyk, owszem - w maju,
Kiedy ciepły zrosi mnie.
Wtedy miło niczym w raju.
W listopadzie deszcz jest be.
Kropla deszczu - korzec błota.
Sąsiad tapla się w banałach.
Wstrętny jest mokry listopad.
Jak przez błoto przejść w sandałach?
Czekać będę aż mróz skuje
Ścieżki moje i utwardzi.
Ja przez życie pielgrzymuję.
A w sandałach jeszcze bardziej.
7
7
1 odsłon
zacytował Ogródek, który w sandałach przeszedł na szlaku jednorazowo ponad 400 kilosa... A w tych samych sandałach było to ze 700 kil...