Glazura
GLAZURA
niech to będzie miasto
niech będzie to w którym się rodziłem
na razie miękkie dopiero co formowane
do sześciennej skrzyni
wkładam nie mojego ojca
ze związanymi rękami
zalewam cementem
do jutra stężeje
podobnie dzieje się z matką
tylko wszystko jest lepkie i zapowietrzone
jestem w przyszłości o której myślałem
że jej nigdy nie ma choć ją przewidziałem
wszystkie moje białe domy przebijają niebo
jestem w każdym i w żadnym mnie nie ma
bo tak szybko urosłem
wiozę codzienne światło
lepkimi palcami przesuwam spluwaczki pełne po brzegi
wieczorem na ulicach śpiewam głos zabija ptaki
lęgnące się w ściekach i wszystkich silnikach
porowata ziemia kwitnie raz do roku
przez asfalt przechodzą jej perłowe soki
i widzicie mnie z językiem u nogi
przekraczam rzekę zazwyczaj o świcie
kiedy powracam z nocnego występu
grając solo dla moich w zamurowanych domach
w czystych łóżkach nocą
goni mnie głos dudniących tuneli
którymi idą po mnie świeżo narodzeni
bez światła w oku podobni umarłym
pod namiotem tlenowym tylko hodowani
dla mnie czerwony bóg z obciętymi nogami
przygotowuje protezy
abym mógł widzieć miasto od jego strony
ale nic z tego nie wynika
gdy nagi pośrodku skupiających luster
zapładniam kobietę z przeciwka
to tylko standardowa rozrywka
niebieskie dymy sine tynki ulic
pokrywa kratownica pęknięć
główny konserwator w swej willi pod ziemią
załamuje ręce ja nawet widzę jak się niecierpliwi
katastrofa wisi w powietrzu a tak niewielu
zeszło do podziemi
w stalowej kuli badam obecną głębokość rzeki
sprawdzam karby robione na murze
przez architekta miasta kilka wieków temu
śmierć już odlicza rok za rokiem
wysadziłem w powietrze wiele moich domów
czerwony obłok zawisa nad miastem
zaczynam sadzonki utykać po ziemi
tak bardzo świeżej że aż słychać wodę
płynącą przez usta utopionych
rośnie moje drzewo w betonowej cembrowinie
a ja z zamkniętymi oczami
rozmnażam grzyby na ciepłym tynku kolejnej sypialni
mój pokojowy neon zepsuł się nad ranem
kiedy schodziła do siebie
odbijając się czerwienią w szybach
jak w kolejnych lustrach które ustawiłem pomiędzy placami
aby widzieć równocześnie z drugiej strony
niewidzialnych idących przez miasto
i tylko miękkie płaszcze leżą na chodnikach
jakby właściciel chciał podsłuchać ziemię
usłyszeć kroki nagiej zauważonej kobiety
która przechadza się przez tysiąclecia
o piątej nad ranem kiedy byłem senny
dzwonek telefonu zniszczył moje ściany
usłyszałem swój głos wczoraj nagrany
głos taranował bił jak opętany
żelazny topór uderza mnie w czoło
i białe nerwy szarpią już koty
a zwinne szczury budują w moim brzuchu gniazdo
jest biała rzeka rozlana szeroko
pod jej dnem rodzę się na nowo
w cudzej skórze pierwszego przechodnia
powracam do domu który nie istnieje
rozsuwam zasłony gaszę nocne światło
i czekam na jutro które jest już dzisiaj
więc proszę odejdź nie mieszkam już tutaj
a jeśli uwierzyłeś w tę setkę zbędnych słów
miasto cię uśpi i sen wiekuisty
ześle na ciebie w pierwszym lepszym szpitalu
połóż na mnie krzyżyk
lub choć świecącą glazurę
bo jestem przecież tylko zwykłą ścianą
porąbaną bo porąbaną
niech to będzie miasto
niech będzie to w którym się rodziłem
na razie miękkie dopiero co formowane
do sześciennej skrzyni
wkładam nie mojego ojca
ze związanymi rękami
zalewam cementem
do jutra stężeje
podobnie dzieje się z matką
tylko wszystko jest lepkie i zapowietrzone
jestem w przyszłości o której myślałem
że jej nigdy nie ma choć ją przewidziałem
wszystkie moje białe domy przebijają niebo
jestem w każdym i w żadnym mnie nie ma
bo tak szybko urosłem
wiozę codzienne światło
lepkimi palcami przesuwam spluwaczki pełne po brzegi
wieczorem na ulicach śpiewam głos zabija ptaki
lęgnące się w ściekach i wszystkich silnikach
porowata ziemia kwitnie raz do roku
przez asfalt przechodzą jej perłowe soki
i widzicie mnie z językiem u nogi
przekraczam rzekę zazwyczaj o świcie
kiedy powracam z nocnego występu
grając solo dla moich w zamurowanych domach
w czystych łóżkach nocą
goni mnie głos dudniących tuneli
którymi idą po mnie świeżo narodzeni
bez światła w oku podobni umarłym
pod namiotem tlenowym tylko hodowani
dla mnie czerwony bóg z obciętymi nogami
przygotowuje protezy
abym mógł widzieć miasto od jego strony
ale nic z tego nie wynika
gdy nagi pośrodku skupiających luster
zapładniam kobietę z przeciwka
to tylko standardowa rozrywka
niebieskie dymy sine tynki ulic
pokrywa kratownica pęknięć
główny konserwator w swej willi pod ziemią
załamuje ręce ja nawet widzę jak się niecierpliwi
katastrofa wisi w powietrzu a tak niewielu
zeszło do podziemi
w stalowej kuli badam obecną głębokość rzeki
sprawdzam karby robione na murze
przez architekta miasta kilka wieków temu
śmierć już odlicza rok za rokiem
wysadziłem w powietrze wiele moich domów
czerwony obłok zawisa nad miastem
zaczynam sadzonki utykać po ziemi
tak bardzo świeżej że aż słychać wodę
płynącą przez usta utopionych
rośnie moje drzewo w betonowej cembrowinie
a ja z zamkniętymi oczami
rozmnażam grzyby na ciepłym tynku kolejnej sypialni
mój pokojowy neon zepsuł się nad ranem
kiedy schodziła do siebie
odbijając się czerwienią w szybach
jak w kolejnych lustrach które ustawiłem pomiędzy placami
aby widzieć równocześnie z drugiej strony
niewidzialnych idących przez miasto
i tylko miękkie płaszcze leżą na chodnikach
jakby właściciel chciał podsłuchać ziemię
usłyszeć kroki nagiej zauważonej kobiety
która przechadza się przez tysiąclecia
o piątej nad ranem kiedy byłem senny
dzwonek telefonu zniszczył moje ściany
usłyszałem swój głos wczoraj nagrany
głos taranował bił jak opętany
żelazny topór uderza mnie w czoło
i białe nerwy szarpią już koty
a zwinne szczury budują w moim brzuchu gniazdo
jest biała rzeka rozlana szeroko
pod jej dnem rodzę się na nowo
w cudzej skórze pierwszego przechodnia
powracam do domu który nie istnieje
rozsuwam zasłony gaszę nocne światło
i czekam na jutro które jest już dzisiaj
więc proszę odejdź nie mieszkam już tutaj
a jeśli uwierzyłeś w tę setkę zbędnych słów
miasto cię uśpi i sen wiekuisty
ześle na ciebie w pierwszym lepszym szpitalu
połóż na mnie krzyżyk
lub choć świecącą glazurę
bo jestem przecież tylko zwykłą ścianą
porąbaną bo porąbaną
0
0
6 odsłon