Przejdź do treści
Ból, rozpacz, gniew, niedowierzanie. Krew, łzy i proch - moje śniadanie. Piasek chrzęszczący między zębami, nicość płynącą czułem palcami. Obłędne oczy, zabójczy dryf, widziałem koniec, lizałem syf. Słyszałem głosy, z piekielnych ust, Azazel wołał: Łechtasz mój gust! Pomiot szatana, rozrywał mnie, jednak przeżyłem, nie dałem się, porwać w ramiona, harpii i strzyg! Jeszcze tam wrócę, zniszczę je w mig! Będą zawodzić i w zgrozie wyć, będę ich strachem, wspomnienia myć. Rozerwę wrogów, ambrozją zemsta, rozluźnię łańcuch, co umysł pęta. Rozwinę skrzydła ptaka złotego, spalę Babilon, do dna węgielnego. Wrzeszcząca horda będzie bez szans, mord, rzeź, masakra, zabójczy trans.. Podmuchy żaru, odwetu kres, lecz smutek został. Gdzie radość jest? Może ją znajdę, a może nie, na razie w ogniu, pławić się chce... Napisany 27.07.2019 pod gwiazdami Warmii, na granicy Mazur. Oddaje część mojego stanu umysłu z ostatnich kilkudziesięciu miesięcy.
61 odsłon

Komentarze (0)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

3 online

Menu

Dodaj wiersz

Zaloguj się lub załóż konto, aby dodać wiersz.

Dodaj wiersz
Twoje konto
Shoutbox
0 online
Zaloguj sie aby pisac w shoutboxie