Przejdź do treści

Szanty pijanego marynarza

Szanty pijanego marynarza, wypłynął sam w morze Napił się grogu, zakurzył fajkę, ustać nie może Czas rzucić cumy! Przybić do brzegu! Wołają oni A on pije dalej, kurzy setną fajkę, nic dalej nie robi Złap za ster! Zwrot przez rufę! Trzymaj kurs! A on jeszcze rumu leje, fajki nie zdejmie z ust I patrzy w dal, widzi czy nie widzi, oczy zamglone Ręce trzęsące, flegma na pokład pada, życie upojone Żyj na brzegu! Czas osuszyć morze! Rzuć kotwicę! On patrzy ze śmiechem, do góry podnosi starczą przyłbicę Patrzy na niebo, coraz bardziej zaćmione, mewy skrzeczące Fale rozbite, bałwany targają, tumany wezbrane, parujące Kolejny dzban grogu, nabity cybuch Żagle wzbija gorącego wiatru podmuch I patrzy coraz śmielej, palce zaciska w pięść, nabity w trzy dupy Próbuje ustać, nie dać się nawietrznej, zebrać się do kupy Nie masz kapitana nad sobą, marynarzu w spękanej skórze Żyj jak chcesz, umrzyj, kiedy chcesz, ty stary łobuzie Może to i gówno, może szalenie, możesz się oprzeć Nie każdemu przykazane do brzegu dotrzeć.
25 odsłon

Komentarze (0)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

Menu

Dodaj wiersz

Zaloguj się lub załóż konto, aby dodać wiersz.

Dodaj wiersz
Twoje konto
Shoutbox
0 online
Zaloguj sie aby pisac w shoutboxie