O Ironio...

Siedząc sobie w stagnacji

I już nie w korporacji

Spoglądam...; nic nie widzę.

Czy to były złudzenia?

Czy czerwone lice?

Spowodowały że biegłem niczym motyl po łące

A teraz?

Pozostały mi chyba zakupy w Biedronce



Za śluzą tuż obok, czy biurkiem się to nazywa

Mój wróg publiczny ze mnie się naigrywa.

Czy to strach czy może zazdrość?

Nie wiem, nie pojęte
Bynajmniej cos jest tu ostro dobrze pierdolnięte.



I nie koniecznie cosik ze mną jest nie teges,

Może ktoś chce moją osobą zrobić jakiś interes?

Na sprzedaż? Nie do zakonu!

Tak! tam twe miejsce,

Pustelnicze przemyślenia ustąpią rozumowi miejsce


Nie, to nie dla mnie
Nie ten klimat, atmosfera
Nie, że chcę wrócić do swego Atanera,

Ale do miasta, gdzie radość i miłość

Przeszywa mą pustą, oschłą niczyjość
Do pracy, która mimo lubieżnego krzyku,

Dawała jednak cudnego zachwytu
Potrzeby uśmiechu, radości, pokoju

A tu…? Chcesz mnie dobić obleśny gnoju?!

Czekasz na ruch, który będzie błędny

Podłożysz nogę, wyrżniesz mi zęby
Wtedy w radości, uśmiechu pokoju
Powiem wygrałeś, Ty głupi gnoju!
0 0
4 odsłon

Komentarze (0)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

7 online
Zaloguj sie aby pisac w shoutboxie