Dwór Karnawał.

Od Świąt Trzech Króli po Popielec,

Gdy nóż schowano i widelec.

Mija czas szaleństw, często zbytek,

Radości, hulaństw na pożytek.



On z ziemi włoskiej przywędrował,

Klimat mu sprzyja, dopasował,

Choć przeżywają w pełni Włosi,

Nasz temperament również nosi.



Uznają żarty, każdy kawał,

W owym okresie się nadawał.

Bawią się zatem gdzie popadnie,

Czas karnawału na nich spadnie.

Tu w maskaradach, przebierańce,

To na kuligach, w salach tańce.

Kulig szczególną ma oprawę

Muzykę,krzyki wokół wrzawę.

Fantazji wodze dołączono,

Nad umysłowość przedłożono.



W przodzie kuligu kawaleria,

Nie byle jaka ,nie mizeria,

Chłopów jak na schwał dobierali,

By się od wilków gorsi bali.



Jazgot psich głosów, też dobiega,

Jednak nie skoczą w przód szerega,

Tak prowadzone dla pokory,

Z łbów im wybito wsze amory.



Dziesiątki świateł gna wzdłuż drogi,

To mrużą ślepią jak wąż srogi,

Chowając ciągle za drzew pniami,

Błyskają groźnie w noc ślepiami.



Brzęczy coś dziwnie, a znacząco,

Raz zagadkowo, czasem drwiąco,

W takt kopyt końskich grzmią Janczary,

W takt wystukując utwór stary.

Za kawalkadą gnają sanie,

W nich muzykanci, to ich granie.



Za nimi sanie pędzą sznurem,

Z pod kopyt śniegu tworząc chmurę,

Pachołcy obok konno gnają,

Łuczywem smolnym przyświecają.

Z łuczyw spływają ogni oka,

Jak kawalkada sań głęboka.



Tuż za kuligiem jeźdźcy konni,

Rośli, wraz z końmi wprost ogromni.



I płynie skoczna tworząc echo,

By się zatrzymać z dworu strzechą,

Budzić włodarzy, czekających,

Bochnem chleba , zwyczaj czczących.

Gdy wstał zaspany, dla uciechy,

Grajkowie grają, sypło z strzechy.

Bo najazd taki, jest widziany,

Choć zaskakuje, niespodziany.

W dniu się nie kończy , kilka z rzędem,

Porwą miejcowych na kolędę.



Tu, pod dworem z dwadzieścia sani,

Dworskie familie, pieją na nich.

Konie rżą niespokojne, biją kopytami,

Kwiczą,a czasem rwią zębami.



Gramolą z sani, w wilczurach, niedźwiedziach,

Ciężkich futrach, jak każdy w czasie sanny siedział.

Kobiety w jubkach futrzanych, w kapturkach na głowie,

Na nogach kurdybanki, pieczętują zdrowie.

Śnieg jest wysoki, więc damy na ręce,

Ujdą w karnawał zaloty szczenięce.

Nie jedna parą niechcący w oną zaspę bucha,

A nad uchem małżonki czułe słówka grucha.

Piszczą i pokrzykują na to zniewolenie,

Ale w ruchach i głosie wyczuć zezwolenie.



Kończy się powitanie, zaczyna część, tańca,

Byli skorzy do bitki, tańców i różańca.

Nikomu się nie śpieszy, zgodzeni z naturą,

Hołdując tradycji, szanując z kulturą,

Zasłużenie zimują oddając uciechom,

Wszystko na stół z spiżarni, gość pod

dworu strzechą.

Nie brakło i fantazji, wielkiego humoru,

A, że na każdych saniach ludzie z różnych

dworów,

Każdy nowe coś wnosi, mogliby tak hulać,

Puki by nie zastała następna babula,

- zima.

Wygłaszano oracje, czyniono facecje, raczą

potrawami,

Nade wszystko śpiewano wspierając trunkami.



Wiele pieśni zostało, choć wieki zmieniły,

W pięknie, sensie utworu szkód nie poczyniły.

Z pośród kilku ten jeden, "Mazur kuligowy",

Skoczny, rześki, wesoły, można rzec marszowy.



Miną z czasem kuligi, ogniste swawole,

Mody czasy zmieniają w historii pokoleń.

Bale stają się modne, są również okazją,

Poznać pannę, mężczyznę, darzyć go przyjaźnią,

Kandydatką na żonę, albo i na męża,

Ta praktyczna ich strona w zasadzie zwycięża.

Dbano o prezencję, wymyślne kreacje,

Zwyczaje czerpią z źródeł często nacji wrogich,

Zwanych postępowe, wulgarnych, ubogich,

Wewnętrznie. Nienaganne maniery

i z importu tańce,

W wieku dziewiętnastym wypierają walce,

Potem polkę - troteskę, kontredans, mazura,

A gdy już do wiwatu każdy się wyhula,

Idą na kolację, powtórnie do tańca,

Kontredansa, mazura, polkę no i walca.

Na koniec kontredansa, który bal ten kończy.

Jednych bal ten podzielił, a wielu połączył.

Pozostały niemodne suknie, spisane karnety,

Pozostały wspomnienia. I kolejne wety.



Szczególnie hucznie świętują zapusty,

W szaleństwie upomniały jaki człowiek pusty.

Że te wszystkie radości niewiele są warte,

Zbyt często wyuzdane i piekłem podparte.

Sygnał, należy skończyć rozpustne radości,

I bardziej się pochylić- myślą ku wieczności.



Okres karnawału, czas który to kończył,

Obłąkanie z szaleństwem można rzec, złączył.

Z karczmy nie wychodzono, nie jedli, a żarli,

Śpiewu nie uświadczyłeś, ale mordy darli.

Skrajne tego przypadki jednak się zdarzały,

I te same historie, co rok powtarzały.

Czas zapustów, ostatków, wiązał z obyczajem,

W kulturze ludowej. Wybiórczo do dziś pozostaje.

Wraz z północnym dzwonem w środę popielcową,

Zmienia się obraz Kraju, wdziewa suknię nową,

W żałobnym tonie.

Ci sami skorzy niedawno do hulaństw i tańca,

Dzisiaj lgną do pokuty, modlitwy, różańca.



Jeden z posłów tureckich wrócił do Stambułu,

Taką to opowieścią raczył tamtych mułłów.

Iż w Polsce w pewnej porze wszyscy chrześcijanie,

Dostają waryjacji, nim ono ustanie.

Muszą posypać głowy, proszek ma możności,

Iż w jednym dniu leczy wszystkich z przypadłości.



Józef Bieniecki
0 0
4 odsłon

Komentarze (0)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

16 online · Skarabeusz
Zaloguj sie aby pisac w shoutboxie