fragment poematu

Kiedyś,gdy autobusy nawet się nie śniły,

biedne,żydowskie furki po drogach jeździły,

woziły pasażerów albo też towary, jedną,chudą chabetą,albo chabet parą, taki pojazd bogaty,trzy klasy posiadał,

więc każdy pasażer w innym miejscu siadał.

Klasa pierwsza siadała na wiązkach słomianych,

dla większego luksusu derką okrywanych,

klasa druga na słomie,ale już bez derki,

trzecia zaś wprost na deskach trzęsącej "leterki",

woźnica z przodu,bardzo blisko dyszla,

szkapy ruszały z miejsca po krótkim namyśle,

Żyd się mościł wygodnie i drzemkę ucinał

wiedząc,że znają drogę wychudłe szkapiny.

I było dobrze dopóki po równym jechano,

gorzej,gdy większą górę sforsować musiano,

konie same stawały u poduórza wzgórza,

a woźnica natyczmiast ze snu się wynurzał,

rozglądał się dokoła i dawał rozkazy,

że trzecia klasa musi teraz z wozu złazić,

konie ruszają,trzecia klasa obok fury

idzie,aż do postoju w jednej trzeciej góry,

teraz wysiada druga,a pierwsza zostaje,

ci z trzeciej,posłusznie furkę popychaja.

Tuż przed szczytem pagórka następny przystanek,

teraz już muszą złazić z wozu nawet pany,

trzecia i druga klasa muszą biedną furę

popychać,gdyż inaczej nie wjedzie na górę,

pierwsza,najdostojniejsza obok maszeruje

i całą kawalkadę głośno dopinguje.

Wreszcie,wspólnym wysiłkiem stanęli na górze,

sadowią się spowrotem na żydowskiej furze,

Żyd cmoka na szkapiny i pojazd startuje

a,po niedługiej chwili na dole ląduje.

I tak w koło Macieju aż do końca drogi,

trochę jadą,a trochę wędrują na nogach...
0 0
1 odsłon

Komentarze (0)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

1 online
Zaloguj sie aby pisac w shoutboxie