Terapia

Spóźniona biegłam przez park. Nogawki mokre, włosy w nieładzie, rozmazana kredka pod okiem. Spóźniam się od poniedziałku systematycznie, chodzę spać o drugiej trzeciej w nocy i wstaje o piątej szóstej. Nie mam dzieci, mam za to dom na głowie, zaległe prace, telefony od świtu do nocy i pamięć wypełnioną po brzegi zbytecznymi tekstami, dorobkiem kilku lat.



Zatrzymałam się na chwilę, żeby poprawić makijaż, obejrzeć książki w księgarni, powiedzieć kilka razy dzień dobry i na odczepnego kilka prostych słów. I powiedzą, że jestem miła, a ja nie przywiązuję wagi do tych drobnych gestów, które ktoś odmierzy na moją korzyść.



Jestem.



Jeszcze się nie nauczyłam pod prąd wiec musi być tak - na oślep i prosto, byle dalej od wczoraj.



Dziś też nie jestem sobą, tak naprawdę nie pamiętam, co robiłam wczoraj i przedwczoraj - nie pamiętam drogi, pracy, ludzi, ani kiedy zmęczona usnęłam nad stertą papierów. Dni mijają beze mnie, obok mnie, poza mną. Nie czuwam nad upływającym czasem, odmierzam tylko kawy, papierosy i przekładam mechanicznie stertę arkuszy.



Wrócę za moment, będę taka jak dawniej, w miękkich pantoflach, jasnych kolorach, starannie dobranym makijażem.



Ale to za chwilę.



Ja czekam teraz, jak dziecko ufam i wierze, jak dziecko nie rozumiem. Dlatego tak uparcie biegnę prosto przed siebie z teczką pełną zbędnych arkuszy, w wytartych dżinsach i z rozmazanym makijażem.



Wyciągam długie mocne. Podobno już wyglądam jak papierosy, które zaczęłam palić w wieku 34 lat. Długa, chuda i toksyczna. Fakt, zraziłam do siebie całe moje towarzystwo życiem pod odstrzałem, ale cóż. One przecież wiedzą, że od kilku dni piję samą kawę, unikam spojrzeń, uparcie wymazuję dni i skrupulatnie wypełniam arkusze.



Bo tam obraz jak ze snu, spacerki wieczorami, wyjazdy za miasto, ciągłe telefony, wspólne noce.

I otwarłam oczy i obok nas zobaczyłam ją. Jak stoi pod parasolem w letniej sukience i macha do nas ręką.

Pierwszy raz zobaczyłam jej ładną jasną twarz.



Ukrywałam jak mogłam jej obecność. Nie istniała dopóki była tylko imieniem, nie miała twarzy, była tylko niemiłym dźwiękiem, przeczuciem, grzechem. A teraz to imię przylgnęło do wysokiej zgrabnej brunetki. Ma teraz włosy, oczy, usta, nos.

Ma ładną sukienkę i zielony parasol.

Ma obrączkę na palcu.





Wtedy pierwszy raz poczułam deszcz, bo nie miałam parasola. Wyciągnęłam z torebki telefon, zadzwoniłam po taksówkę i poszłam do kiosku kupić papierosy.

Przyjęłam nadgodziny, po czym wpadłam w wir, który skończy się w najgorszym wypadku spotkaniem u psychoanalityka.



Ale to za chwilę. Teraz trwa terapia – najpierw kawa, papieros, praca.



Przyjdzie czas, że oczy otworzę, zgaszę papierosa, wyrzucę listy, napiszę wiersz.



I skrzętnie ukryje łzy nim imię jego zapomnę obudzona kolejnym podmuchem wiosny za oknem. Zmyję emalię z paznokci, wszak do połowy straciły kolor. I kupię nowe butki, te, o których Julcia mówiła i może jeszcze tę sukienkę w kwiaty, w kolorach lata.
0 0
5 odsłon

Komentarze (0)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

15 online · Zuzik
Zaloguj sie aby pisac w shoutboxie