Tylko na chwilę uchyliłem okno
Chciałem przez moment choć troszkę zmoknąć
Powietrze chłodne, przyjemne błogie
Zalało twarz moją, gasząc jej ogień
Za oknem ulica, szara dziś jeszcze
Leniwie zroszona styczniowym deszczem
Na środku drogi dziecko dojrzałem
Lat może z siedem, tak wtedy myślałam
Środeczkiem drogi wzdłuż podążało
Spokojnym krokiem, choć butków nie miało
I wnet mnie dostrzegło, zwolniło, stoi
Naprzeciw okna, i mnie się nie boi
Ręce do nieba wysoko wznosi
Uśmiechem na twarzy i milczeniem prosi
Miałem wrażenie, że jesteśmy sami
Choć miliony ludzi są między nami
Że nikt nas nie widzi, lub widzieć nie chce
Spojrzeć nie może, nawet gdy zechce
Już wszystko wiedziałem, bez słów się obyło
To już się przecież kiedyś zdarzyło
Znałem to dziecko, znałem tą drogę
Dlaczego sam nigdy, pojąć nie mogę
Nie próbowałem iść tak jak ten mały
Iść środkiem drogi, choć krople by grały
Chcę iść mimo wszystko, i choćby nawet
Nikt mnie nie widział, to przez przypadek
Dojrzy ktoś drogę, wąską, jedyną
Zobaczy twarz moją, a ja się zatrzymam
I znowu przez chwilę będziemy sami
Wpatrzeni w siebie, a między nami
Tłum ludzi będzie, śpiących, spragnionych
Który nie ujrzy nas, dwóch znalezionych
Wszystko jak wcześniej znów będzie jasne
Będziesz znał prawdę o ulicy ciasnej
Długo Ci znaną, lecz nie tej jej stornie
Uśmiechać się będziesz, uniesiesz dłonie
Staniesz się dzieckiem lat beztroskich, pięknych
Bo ktoś cię odwiedził, mimo drzwi zamkniętych
Bo ktoś cię dostrzegł, spojrzał na okno
On cię odnalazł, to nic, że moknął
Chciałem przez moment choć troszkę zmoknąć
Powietrze chłodne, przyjemne błogie
Zalało twarz moją, gasząc jej ogień
Za oknem ulica, szara dziś jeszcze
Leniwie zroszona styczniowym deszczem
Na środku drogi dziecko dojrzałem
Lat może z siedem, tak wtedy myślałam
Środeczkiem drogi wzdłuż podążało
Spokojnym krokiem, choć butków nie miało
I wnet mnie dostrzegło, zwolniło, stoi
Naprzeciw okna, i mnie się nie boi
Ręce do nieba wysoko wznosi
Uśmiechem na twarzy i milczeniem prosi
Miałem wrażenie, że jesteśmy sami
Choć miliony ludzi są między nami
Że nikt nas nie widzi, lub widzieć nie chce
Spojrzeć nie może, nawet gdy zechce
Już wszystko wiedziałem, bez słów się obyło
To już się przecież kiedyś zdarzyło
Znałem to dziecko, znałem tą drogę
Dlaczego sam nigdy, pojąć nie mogę
Nie próbowałem iść tak jak ten mały
Iść środkiem drogi, choć krople by grały
Chcę iść mimo wszystko, i choćby nawet
Nikt mnie nie widział, to przez przypadek
Dojrzy ktoś drogę, wąską, jedyną
Zobaczy twarz moją, a ja się zatrzymam
I znowu przez chwilę będziemy sami
Wpatrzeni w siebie, a między nami
Tłum ludzi będzie, śpiących, spragnionych
Który nie ujrzy nas, dwóch znalezionych
Wszystko jak wcześniej znów będzie jasne
Będziesz znał prawdę o ulicy ciasnej
Długo Ci znaną, lecz nie tej jej stornie
Uśmiechać się będziesz, uniesiesz dłonie
Staniesz się dzieckiem lat beztroskich, pięknych
Bo ktoś cię odwiedził, mimo drzwi zamkniętych
Bo ktoś cię dostrzegł, spojrzał na okno
On cię odnalazł, to nic, że moknął
0
0
9 odsłon