Zostaw wiadomość po sygnale
To, co między nami, zamieniłoby się w krótki, ale potworny pożar. Chemiczny zryw, histeryczny strzał dopaminy i endorfin, po którym nie zostałoby nic oprócz popiołu, rozczarowania i tej świdrującej pustki, od której pękają ściany.
Prawdziwe życie nie ma w sobie nic z poezji, nie jest nawet tandetnym filmem.
Jest surowe i bezwzględne.
Może żadne z nas tego nie chciało. Przecież potrafimy nakładać maski, kontrolować krok, ale dobrze to znasz. Siedzi w środku, głębiej, tam --> pod skórą. Podszeptuję dokąd iść, kiedy nikt nie patrzy.
To moje zaangażowanie jest jak choroba.
Nielogiczne, gęste, parzące wstydem.
Każda wysłana wiadomość zostawia w ustach posmak winy.
Bezczelnie kradnę czyjś czas,
czyjeś powietrze – a moje nienasycone wnętrze
żąda w zamian tego samego.
Albo jeszcze więcej.
Boję się własnej nienasyconości.
Chyba wreszcie rozumiem ten twój kaganiec. Może tak trzeba. Może te żelazne pęta paradoksalnie trzymają w ryzach nasze człowieczeństwo, choć przecież stworzono je dla zwierząt. I w tym tkwi cały ten cichy tragizm. Z jednej strony zwierzęcy głód, dzika chęć bycia blisko, z drugiej – konieczność uwięzienia własnej natury.
Nasz błąd polegał na tym, że zamiast podać sobie dłonie, odarliśmy się przed sobą ze skóry. Pokazaliśmy swoje najgłębsze defekty, brzydotę i rany – i oboje na to patrzyliśmy bez obrzydzenia. Stanęliśmy przed sobą przerażająco nadzy w świecie, który żyje z fałszu i bezpiecznych gier. To nie było ani proste, ani przyjemne. Ale było tak bolesne i naturalne, że teraz nie potrafię już oddychać dawnym powietrzem.
Prawdziwe życie nie ma w sobie nic z poezji, nie jest nawet tandetnym filmem.
Jest surowe i bezwzględne.
Może żadne z nas tego nie chciało. Przecież potrafimy nakładać maski, kontrolować krok, ale dobrze to znasz. Siedzi w środku, głębiej, tam --> pod skórą. Podszeptuję dokąd iść, kiedy nikt nie patrzy.
To moje zaangażowanie jest jak choroba.
Nielogiczne, gęste, parzące wstydem.
Każda wysłana wiadomość zostawia w ustach posmak winy.
Bezczelnie kradnę czyjś czas,
czyjeś powietrze – a moje nienasycone wnętrze
żąda w zamian tego samego.
Albo jeszcze więcej.
Boję się własnej nienasyconości.
Chyba wreszcie rozumiem ten twój kaganiec. Może tak trzeba. Może te żelazne pęta paradoksalnie trzymają w ryzach nasze człowieczeństwo, choć przecież stworzono je dla zwierząt. I w tym tkwi cały ten cichy tragizm. Z jednej strony zwierzęcy głód, dzika chęć bycia blisko, z drugiej – konieczność uwięzienia własnej natury.
Nasz błąd polegał na tym, że zamiast podać sobie dłonie, odarliśmy się przed sobą ze skóry. Pokazaliśmy swoje najgłębsze defekty, brzydotę i rany – i oboje na to patrzyliśmy bez obrzydzenia. Stanęliśmy przed sobą przerażająco nadzy w świecie, który żyje z fałszu i bezpiecznych gier. To nie było ani proste, ani przyjemne. Ale było tak bolesne i naturalne, że teraz nie potrafię już oddychać dawnym powietrzem.
1
0
4 odsłon