Od zawsze stoję pół kroku obok,
jak przecinek zgubiony w cudzym zdaniu.
Ludzie budują między sobą mosty,
a ja uczę się pływać pod nimi.
Ich śmiech ma klucze do wspólnych drzwi,
moje kieszenie pełne są samotnych ulic.
Nie umiem wejść w tłum bez utraty siebie.
Zbyt wiele głosów zasłania mi własny.
Czasem próbuję przyszyć się do innych,
lecz każda nić wrasta boleśnie w skórę.
Więc wracam na obrzeża rozmów,
gdzie cisza zostawia dla mnie krzesło.
Może nie każdy rodzi się pośrodku świata.
Niektórym los daje miejsce przy oknie,
żeby patrzyli, zamiast należeć.
Widzę stamtąd więcej pustych świateł,
więcej dłoni szukających innych dłoni.
I choć samotność zna mój adres na pamięć,
nie zawsze przychodzi jak kara.
Czasem siada obok mnie bez słowa,
a ja wreszcie nie muszę udawać, że pasuję.
5 odsłon