w głowie wiecznie żywi
przenikają z obrazów
spadających gwiazd niebo
żadnego powrotu
nie płaczcie po mnie
zabrzmiał głos
solą posypane rany
remedium gdy pęka serce
jak tam jest
opisz
czujesz radość
a może strach
łąka
z potokiem w zasięgu
przejście
jak olbrzym
w siedmiomilowych butach
na drugi brzeg
słońce zawieszone
na samym szczycie
rozświetl...
zakurzony stary kredens
nie oszczędzał go czas
na półkach sterta pajęczyn
cały jego skarb
obok tylko nicość
do bólu przeszywająca
tam są drzwi
moment
znikają
ściana
jedno okno skierowane...
ścigają się myśli
pora odrzucić je
Temida odpuszcza winy
nie powie ani słowa
rzucone w przepaść istnienia
wciąż wołają o pomoc
żadnego anioła stróża
odcięte od świateł
tysiące zbitych szyb
krwawią rany
szalupa ratunek
do bagna wchodzą demony
kto by zatrzymał wskazówki
tylko na ten jeden moment
brak uronionych łez
niezapisana czysta kartka
obraz świata sen na jawie
w głowie kompas wszyty
samotna wyspa zbite lustro
wokół odłamki szkła
gorzki xanax cienka linia
zaschnięty ślad krwi
istnienie na rozstaju dróg
wiatr wieje prost...
na dłoniach odciski
kolejne fundamenty
zmiana kursu sztorm
niewidoczny drugi brzeg
prowadzi kompas w sercu
bierze górę nad rozumem
odnaleziona przystań
pośród tych wszelkich burz