W rzece początku i końca
Powoli wchodzę do zimnej rzeki,
nieprzyjemny dreszcz przeszywa całe ciało,
zanurzam się coraz głębiej i nie czuję już chłodu.
Toń oplata mnie ciasno w objęciach,
pieści po twarzy kroplami i słyszę jak nawołuje
żeby się w niej zatracić, by się jej oddać.
W poświacie nocy, widzę gwiazdy odbijające się w tafli,
podpływam do niedźwiedzicy i lekko ją strącam,
dryfuję między gwiazdozbiorami, które z łatwością zdmuchuję z nieba.
Rzeka unosi mnie łagodną falą, kołysze do snu
i nuci szumem wiatru smutną piosenkę o tych,
co na zawsze zasnęli w głębinach otchłani.
Powieki zamykają się bez mojej woli, ciało opada w bezmocy,
woda, do tej pory tak łagodna, zaczyna ciągnąć z siłą na samo dno,
szamocę się z szalonym wirem, próbując wypłynąć na powierzchnię.
Robi się coraz zimniej, woda przygniata mnie swoim ciężarem,
nie mogę oddychać, ale czuję, że za chwilę znowu otworzę oczy,
tylko nie wiem czy umieram czy się właśnie rodzę.
nieprzyjemny dreszcz przeszywa całe ciało,
zanurzam się coraz głębiej i nie czuję już chłodu.
Toń oplata mnie ciasno w objęciach,
pieści po twarzy kroplami i słyszę jak nawołuje
żeby się w niej zatracić, by się jej oddać.
W poświacie nocy, widzę gwiazdy odbijające się w tafli,
podpływam do niedźwiedzicy i lekko ją strącam,
dryfuję między gwiazdozbiorami, które z łatwością zdmuchuję z nieba.
Rzeka unosi mnie łagodną falą, kołysze do snu
i nuci szumem wiatru smutną piosenkę o tych,
co na zawsze zasnęli w głębinach otchłani.
Powieki zamykają się bez mojej woli, ciało opada w bezmocy,
woda, do tej pory tak łagodna, zaczyna ciągnąć z siłą na samo dno,
szamocę się z szalonym wirem, próbując wypłynąć na powierzchnię.
Robi się coraz zimniej, woda przygniata mnie swoim ciężarem,
nie mogę oddychać, ale czuję, że za chwilę znowu otworzę oczy,
tylko nie wiem czy umieram czy się właśnie rodzę.
0
0
4 odsłon