własny pokój

ja się was boję

gdy wchodzicie mi w drogę

bez pukania

gdy przez prześwit w drzwiach

na którym zawisł księżyc

rozciągnięty do granic możliwości

widzę was, gdy światłopalnie

rozpoczynacie w przedpokoju

gdy bez butów wpełzacie na

szklisto-ciepły dywan

powolnie wyczekujecie, aż wstanę

przywitam was gorzkim uśmiechem

i oddam całą siebie

choć od dawna już nic nie mam

innego



w zamian mi się blask wciska

do pokoju

przez okna zastawione gratami

byleby świata nie widzieć



boję się was

gdy w sobotę

w dzień, rankiem letnim i podłym

wstaję i idę

przeciskam się przez wasze śliskie zastępy

gdy czołgacie się przednio po ulicach



boję się was

gdy muszę wam spojrzeć w szparki oczu

potrącić przypadkiem

gdy idąc, myślę już tylko o ucieczce



boję się was

gdy ugryzienie komara przywraca mi życie

gdy rozdrapuję to miejsce, by żyć

choć jeszcze przez chwilę

a wy łapiecie za rękę

bo drapać nie wolno

żeby nie bolało życie
0 0
9 odsłon

Komentarze (0)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

14 online · andrew
Zaloguj sie aby pisac w shoutboxie