widział Pan Morfeusza sen mi zabrał w czwartek choć pewna nie jestem
Utwory
migotliwe szklane kulki drewniane koraliki zwykłe kapsle trochę miodowego bursztynu mylnie twierdzą że diamentowa
wytworzona na potrzebę samoobrony fatamorgana niszczącego ognia słabi nie mówią nawet A tylu ich za nią Makowa Panienka obrywa płatki w rytm kocha lubi szanuje
raz dwa Bestia bellę ma trzy cztery obce jej maniery pięć sześć krwinki lubi jeść siedem osiem zmiata życie ciosem dziewięć dziesięć śmierć przybija pieczęć
zachodem słońca spowite kiedyś jeden ląd skały na nich te same metamorficzne północną wiatr zagarnia łowiąc drobiny życia z zakwitających endemitów opadają słodką rosą na niecierpliwe kielichy południowej rozdzielone bezk...
czterolistna iluminacja zwątpiła w istnienie skupiając się na regularnym koszeniu trawnika żeby tylko nie wypadła z rąk zgubi się w tysiącach innych źdźbeł zasuszy w różowej bibule nawet jeśli zieleń wyblaknie będzie ar...
friend mówi uśmiecha się rozdziawioną gębą ona wkręca w trawę but nieubłocony włosy spadają na twarz czkawką czarna dziura wchłania bukiet fiołków friends jakże by inaczej
tak ogniu goręcej już nie można finezyjnie spopielasz językiem staję się bezmyślnym szarym tworem
tak kochanie nic nie znaczące sylaby i głoski zapatrzeni w inne okna dzień po dniu kopią swoje milczące groby nie przyznając się że brak im oddechu śnięci ona i on
śmiech obudzonych oczu nie dla nich spojrzenia poprzez filiżanki z kawą już zarezerwowane dotyk bosych stóp pod stołem nie im sądzony ubawił się drwiący los
pożarł schematy szablony szuflady ramy nie przyznaje się do niestrawności szanowany obywatel lepszej kategorii
losowo wybranymi gwiazdka po gwiazdce spływał z chmurnych czeluści zimny dla odmiany biały velociraptor groźnym obliczem przyklejony do szyby spogląda chwilowo na białe świerki wertując prehistorię odfrunie z pierwszą...
czerwone tło czarna kropka niebywałe głębokie i wieloznaczne mruknął wyuczony esteta drapiąc się w brodę pstrząca mucha esencja sztuki
jaskółkami przelatuje w myślach świergocą perliście nurkując w jaśminowym tlenie nawet ich granatowa czerń jakaś nieżałobna mienią się szafirowo spadając w tęczę
zostawię sobie tę melodię z syrenim śpiewem w nią wplecionym gdzie złudne szepty mamią śmiechem a dłoń w gest składam upragniony
złóż dłonie w ciepły przytułek nie bój się przycupnie tylko ciut cierpliwości wymaga czujesz jaka zziębnięta cala drży wystraszona i głodna zaufała Twojej subtelności więc nie schrzań
pomiędzy jednym trawieniem a drugim odradza się na różowo w naiwności i zaślepieniu doświadczanie bólu nic nie daje po kolejnej destrukcji pojawia się amnezja
przechadza się powoli w zadymionej jaskini odporny na ciosy bezlitośnie silny miażdżący intruzów skalny golem tylko nie wiedzieć czemu motyl w kolorze indygo raz po raz bez lęku przysiada na jego kamiennym ramieniu
odrodzony z popiołu czesze złoto- rubinowe pióra spokojny z iskrami w oczach oto ona... to jego ostatnie zmartwychwstanie więcej nie potrzebuje
uczepił się rzep psiego ogona na śniadanie zjada to co ja u dentysty durne miny stroi szepcząc... ,,...uprowadzona przez kosmitów" wygarnia myśli z ciemnych zaułków świadomości że niby sprząta czasem znika wracając tłuma...