Tkwię tutaj, uziemiona w swoim szaleństwie.
Moja własna głowa wie lepiej,
kiedy mam zasnąć,
kiedy zabraknie powietrza.
Światło nie sprzyja dziś cieniom.
Krzyk, choć obojętny, cofa się bezszelestnie.
Przyznaję się do jutra – do jego skarg,
do odległości.
Pomyliły mi się życia – to, które pozostało,
okaże się parszywą mrzonką,
białym tangiem,
osamotnionym losem.
Usycham z braku łez. Przemijam wiernie –
nie słyszę poszumu gwiazd.
Okłamuję swoją teraźniejszość.
Zbliżam się do strachu,
pobliskiego, na wyciągnięcie nieba.
Pomnożę dzisiejszy plon –
ofiara należała mi się od samego początku.
Nie liczę słów, które odebrałeś.
120 odsłon