Przejdź do treści

Obrazek z cyklu Opowieści kuchenne

Kiedy Sabinka stała bosymi stopami całe jej lekko niestrawne ciałko zasysało się w lekkim bezruchu, gdzie jedną stopą zamiatała pod stół szklane probówki a drugą wgniatała pod dywan nierdzewne struny z gitary barda moskiewskiego. Na tym obrazie kopiejki jedynie miały swój blask. Błyszczały delikatnym alabastrowym płomieniem siejąc przed pogromcami zembolaków niuanse łuny cielistej. Jak co dzień Zofia matka Sabinki z temblakiem przywiązanym na szyi krzątała się. Codziennie rano chodziła do stodoły. Ferma pachnąca. Rozsypując to w lewo to w prawo szerokim ruchem cepa karmiła mrówkojady. Cierpiała z powodu chudnięcia i niedowagi swoich podopiecznych. Sama wolała nie jeść niż one miały by cierpieć głód. Zasysała policzki wyciągając usta do przodu prosiła Boginkę Febrę o rychłą śmierć dla swoich zmutowanych pobratymców. Z siekierką tańczyła swój ostatni taniec. W szamańskim uścisku własnego fragmentu nieba, z którym się nigdy nie rozstawała czarowała przestrzeń leniwą.
55 odsłon

Komentarze (0)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

Menu

Dodaj wiersz

Zaloguj się lub załóż konto, aby dodać wiersz.

Dodaj wiersz
Twoje konto
Shoutbox
0 online
Zaloguj sie aby pisac w shoutboxie