Płakałeś tak pięknie, że niemal uwierzyłam,
jakby smutek można było wyćwiczyć przed lustrem.
Twoje oczy błyszczały dokładnie wtedy,
gdy ktoś patrzył.
Zbierałeś współczucie do pustych kieszeni,
a każda łza miała starannie wybraną godzinę.
Nie wiedziałam jeszcze, że rozpacz
potrafi nauczyć się roli na pamięć.
Dotykałam twojego ramienia,
przekonana, że pod skórą drży prawdziwy żal.
Ty tylko spuszczałeś wzrok
i pozwalałeś ciszy kłamać za siebie.
Sztuczne łzy też są słone,
lecz nie zostawiają blizn na sercu.
Spływają po twarzy jak deszcz po szybie,
za którą nigdy nie było burzy.
Długo wierzyłam w twoje mokre policzki,
w każde złamane słowo i ciężki oddech.
Nie zauważyłam, że cierpienie
zawsze kończyło się wraz z publicznością.
Prawdziwy ból nie potrzebuje światła,
nie pyta, czy ktoś na niego patrzy.
Przychodzi nocą i siada przy łóżku,
aż człowiek zapomina, jak się oddycha.
Dziś znam różnicę między łzą a prawdą.
Jedna może błyszczeć bez żadnego znaczenia,
druga rodzi się głęboko pod żebrami
i długo nie potrafi znaleźć drogi na zewnątrz.
Dlatego już nie wycieram twoich oczu.
Niech twoje sztuczne łzy wyschną bez moich dłoni.
Może wtedy zrozumiesz, że nawet rozpacz ma granice,
których nie wolno przekraczać udawaniem.
24 odsłon