Przykleiłam plastikowe gwiazdy nad łóżkiem,
żeby noc nie wydawała się taka samotna.
Świeciły bladym, pożyczonym światłem,
jak obietnice składane bez zamiaru powrotu.
Patrzyłam na nie długo,
próbując uwierzyć, że wystarczy namiastka nieba.
Lecz plastik nie zna odległości
ani tęsknoty, która dojrzewa między planetami.
Te gwiazdy nigdy nie spadały.
Nie mogłam więc wypowiedzieć życzenia,
które od lat nosiłam pod językiem
jak słowo zbyt bolesne, by je uwolnić.
Ich światło nie ogrzewało dłoni,
nie prowadziło zagubionych do domu.
Tylko trwało nade mną cierpliwie,
udając coś większego od własnej pustki.
Pomyślałam wtedy o ludziach,
którzy świecili podobnie — bez ciepła.
Byli blisko, niemal na wyciągnięcie ręki,
a jednak dalej niż prawdziwe konstelacje.
Nauczyłam się zasypiać pod imitacją wszechświata,
licząc małe punkty zamiast dawnych strat.
Każdy z nich przypominał mi kogoś,
kto obiecał zostać, lecz wybrał ciemność.
Pewnej nocy otworzyłam okno
i zobaczyłam jedną prawdziwą gwiazdę.
Była maleńka, odległa i niedoskonała,
lecz nagle zabrakło mi tchu.
Zrozumiałam, że wolę jedną prawdę w ciemności
niż całe niebo plastikowego światła.
Bo nawet najciemniejsza prawda potrafi ocalić,
gdy wszystkie piękne kłamstwa przestają świecić.
19 odsłon