Przychodzimy na świat z pustymi kieszeniami.
Życie wkłada do nich kamienie i światło,
ucząc nas ciężaru jednego
i kruchości drugiego.
Długo nie wiemy, co warto zatrzymać.
Młodość biegnie po schodach bez poręczy,
pewna, że ziemia zawsze ją złapie.
Dopiero upadki uczą kolana pokory,
a blizny zaczynają mówić językiem map.
Gubimy ludzi, drogi i dawne wersje siebie,
lecz z każdego pożegnania wynosimy klucz
do drzwi, których wcześniej nie widzieliśmy.
Dorosłość także błądzi po omacku,
tylko lepiej ukrywa drżenie dłoni.
Wciąż zdaje egzaminy bez podanych pytań.
A czas przewraca nas jak strony,
aż marginesy zapełniają się doświadczeniem.
Do ostatniego dnia poprawiamy własne odpowiedzi,
ucząc się żyć z każdą nową zmarszczką,
choć ostatnią lekcję zawsze zabiera ze sobą cisza.
12 odsłon