Całe życie pytamy drogowskazy,
którędy idzie się do szczęścia.
Zdzieramy podeszwy na cudzych ścieżkach,
niosąc w kieszeniach mapy,
na których ktoś zapomniał zaznaczyć nasze serce.
A szczęście nie zostawia adresu.
Czasem mijamy je rano w drzwiach,
nie poznając jego twarzy,
bo spodziewaliśmy się czegoś większego.
Szukamy go za następnym zakrętem,
w pełniejszych kieszeniach i dalszych miastach.
Tymczasem ono siada przy naszym stole,
grzeje dłonie o kubek herbaty,
ukrywa się w czyimś „zostań”,
w świetle zapalonym dla naszego powrotu,
w ciszy, która przy kimś nie boli.
Dopiero czas ściera nam oczy z marzeń
i pozwala zobaczyć to, co było blisko.
Może szczęście nigdy nie było metą,
tylko światłem, obok którego szliśmy całe życie.
12 odsłon