Jesień chodzi za mną krok w krok
Słowa: Katarzyna-Anna-Koziorowska
Nie udało się odtworzyć nagrania. Spróbuj ponownie później.
Wchodzę do parku bez parasola,
choć niebo od rana pachnie deszczem.
Chcę poczuć chłód na twarzy,
jak dowód, że jeszcze potrafię czuć.
Alejka tonie w miedzianych liściach,
a moje kroki budzą ich szept.
Każdy opowiada inną historię,
lecz wszystkie kończą się upadkiem.
Myślę, że drzewa są odważniejsze ode mnie,
bo potrafią tracić bez zamykania oczu.
Wiatr przechodzi przeze mnie na wskroś.
Zagląda pod płaszcz,
przeszukuje kieszenie pamięci,
wyciąga z nich stare imiona.
Niektóre wciąż bolą,
choć dawno przestałam je wypowiadać.
Przy stawie zatrzymuję się na chwilę,
bo woda wygląda jak ciemne lustro.
Widzę w niej twarz kobiety,
która przeżyła więcej jesieni,
niż chciałaby pamiętać.
Siadam na mokrej ławce,
nie zważając na chłód.
Samotność siada obok mnie,
jak znajoma spóźniona na spotkanie.
Nie musimy ze sobą rozmawiać.
Nad głową szeleszczą gałęzie,
jak strony starego pamiętnika.
Przypominam sobie dawne dłonie,
ciepłe pokoje,
rozmowy przeciągnięte do północy
i ludzi, którzy kiedyś byli całym światem.
Dziś są tylko światłem w odległym oknie.
Jeden liść spada na moje kolana.
Jest czerwony jak małe serce,
które nie wie jeszcze o zimie.
Trzymam go ostrożnie,
bo wszystko, co kruche, przypomina mi siebie.
Nie chcę już walczyć z przemijaniem.
Niech jesień zabiera to,
czego nie potrafię sama wypuścić z dłoni.
Niech wiatr zamknie stare drzwi,
a deszcz zmyje ślady spod moich powiek.
Wstaję i ruszam przed siebie.
Park powoli gaśnie za moimi plecami,
lecz we mnie zostaje odrobina jego światła.
Idę przez liście trochę spokojniejsza,
jakbym właśnie nauczyła się od drzew,
że utrata także może być początkiem.
16 odsłon