Poległem w sobie naczyniami krwionośnymi.
Poplątałem w głowie chwile ukojenia z cierpieniem
i trwam w bezruchu.
Zataczam kręgi wzrokiem.
Biegam po przeraźliwie białej ścianie,
która z innej perspektywy byłaby nieograniczoną przestrzenią.
Słucham ciebie by w końcu poddać się, opaść z wysiłku,
by przemierzyć czas wstecz, zwracając sobie życie.
Znika ściana, znikają wszystkie.
Straciłeś zęby na mojej głowie, a nie czuję byś delektował się smakiem.
Płyniemy oboje w ciemnej przestrzeni, wirując wściekle na wskroś przez wspomnienia,
Ponownie zataczam kręgi, lecz już nie wzrokiem.
Staję się dzieckiem.
Moment amnezji, zapomnienia, wybaczenia wszystkiego i beztroskiej błogości.
Pamiętam już! Pamiętam na czym polega istnienie!
Wypłukujesz ze mnie krew człowieka, nauczonego nie żyć, obeznanego ze wszystkim co obeznane,
któremu ciężko jest spojrzeć na wszechświat nie umysłem, lecz zmysłami.
A teraz policzysz do pięciu i wyrwiesz mnie z absolutu,
zabronisz oddychać, zabronisz podziwiać.
Nakażesz jednym gestem, dwoma słowami 'masz żyć' i w nieświadomości pozbawisz mnie wszelkich uczuć, miłości wszelkiej i prawie jak za karę sprawisz, iż będę szedł przed siebie ku śmierci z kamienną twarzą, wciśniętą po prawej stronie za sprawą ciosu wymierzonego przez ołowiane anioły.
I wszystko zniszczysz, blask spojrzenia, i szaleńcze łomotanie nieokiełznanego serca.
Okradniesz mnie z węchu, wzroku i słuchu. Zostawisz tylko blady dotyk, pokruszony język i martwą duszę, pozbawioną złudzeń.
I chociaż to niemożliwe, pomyślisz, że absurdalne wszystko zaczęło się jeszcze przed tobą, a teraz skończy się, kiedy ja, w całej swojej marności wpojonej z mlekiem genetycznie modyfikowanej matki, wydam na świat swoje dziecko, które usłyszy w tym co ja momencie
- 'żyj'
nic więcej.