Bóg jest biały jak dym z papierosa zapalę przylecą platynowe anioły jest ze mną Wielka Niedżwiedzica zapalę
Utwory
urojone nie wypróżniają się na drzewa przychodzą ludzie ze snu nie mają zimnych rąk Bóg ma zmyślone oczy
schowam usta wśród szminek zapalę białego papierosa chmury pod oczami zakryje noc zapalę jak księżyc blada
rysowane sennym palcem ptaki krew realna jak róża na stole czerwony epizod westchnienie materii
mam oczy implanty jak niebo przeszczepiona miękka jak silikon pocałuję cię plastikowo różowymi ustami
moje usta pływają w formalinie mam zapasowe z różowego plastiku dla ciebie czarna ryba w akwarium zamknij drzwi
zbyt daleki obrysuję go palcem usnę niespełniona depresyjna o świcie
nie patrz tam chodzą ludzie beze mnie jadą samochody świeci słońce jak dzisiaj nagle znikają w przestrzeni zwyczajnie jak co dzień jestem tej nocy jeszcze
kiedyś go stworzysz jak Bóg ciebie powie nie chcę umierać łza spłynie po metalowym policzku
ta noc pójdzie dalej bez ciebie w niewieczne galaktyki Bóg wie ty nie wiesz kiedy zapali się nowe Słońce
są tam gdzie jeszcze się nie stało stoją w czarnych płaszczach modlą się jutro białymi ustami
szminkuję białe usta przeglądam się czasem w morzu niedobrze chyba umarłam śnieg spadnie za chwilę
kot albinos przychodzi nocą lubi dym z papierosa i jasne abstrakcje na czarnych płótnach ze świtem odchodzi monochromatycznie przylatuje kruk na parapet
