maluję czas godziny demony i anioły sekundy białe i czarne baletnice i wieczność poza czasem nie nie nie pędzel wypadł z dłoni czas sam się namalował czekam na Godota
Utwory
liście nie żyją gdzie teraz są nie wiesz ukryłam je pod powiekami żółte brązowe czerwone umrą ze mną
szukam cię mglistą nocą w przeczuciu gdzie jesteś tamten deszcz pada wędrują dusze czarne dziury nienasycone wnętrza ruch w kosmosie
wróble pochlapane farbami skojarzeń wiją gniazda z których wylatują pstrokate wróbelki
mów szeptem spłoszysz czerwonego kolibra cicho mów albo nie mów nic to nic że nie istnieje
całował mnie w usta gdy malowałam paznokcie na biało podobna do kulistego jak piersi ducha nieba zamknęłam oczy nikt tak nie całował przezroczyście jak on
namaluję cię żółtą w jesiennym słońcu samą na białym płótnie choć drzewa szumią razem
przychodzą nocą z piekła lub nieba stamtąd małomówni bez rysów twarzy kamienne pomniki zostały na ziemi anioł śmierci krąży
wiatr mieszał latawce błękitniały dżinsy w trawie a na moich sukienkach rozchylały się stokrotki pod twoim oddechem *** księżyc wisiał nad wieżami kościoła cały w świerszczach i akwarelach zsunęłam sukienk...
liście odchodzą cicho w ciepłych kolorach bóg kiedyś zamknie mi oczy zgasną gwiazdy tylko wariat krzyczy nocą
jutro przyjdzie z krakaniem wron a nocą bóg mnie kocha w tej ciszy rozrzucił srebrne gwiazdy dla mnie
zgubisz zieloną suknię szumi jeszcze nocą gdy łza spływa po szybie zostaną białe smukłe ręce wzniesione do zimnego nieba
chryzantemy jak oczy jesieni zamkną się biało na wieki zasnute mgłą patrzą w niebo okrągłe zamyślone deszczowo łzawe oczy jesieni
moje anioły są kolorowe przerysowane jak drag queen zostawiam je na kartkach piękne inaczej kampowe
po liściach przypłyną białe przestrzenie wypełnię je obrazami twarzy ciemnookie na perłowym tle jak kruki na śniegu rozpłyną się w czarno białą zimową abstrakcję
gdzieś poza wewnątrz myśli nie tam gdzie ciała ziemskie między mną a niebem są ciała niebieskie i złoty Pocałunek Klimta