zostaną róże z materiału i te malowane szkicowane ptaki twarze Modiglianiego zostały dla mnie ze mną baletnice Degasa prostytutki Lautreca wrony Van Gogha a za oknem ostatnia róża jesieni
Utwory
wróciły liście na drzewa tą nocą skrzypce same grały demon zamknął oczy tą nocą nie było tej nocy?
księżyc wyciąga srebrne palce namaluj mnie z ptakiem śpiącym na jesiennej gałęzi namaluj kocham cię nie umiem nie mam takiej farby
nie ma takich oczu pocałunków jak gwiazdy nie ma ust w takiej czerwieni Bóg dotyka niebiesko kwantowo cyfry szepczą tajemnie tam jest poezja i wieczność
Bóg w witrażach dobre Madonny cisza konfesjonałów świece pogasły szare ulice zaciągam się papierosem nie wiem
powoje na murach czerwone miłość nie wie kocha oplata zmysłowo powoje włosy kobiet długie do ziemi liście poplątane do nieba nocą lecą cielesne anioły miłość? Bóg urojony
pocałunki fioletowe winogrona rwane tamtą nocą zapomniałam może smak jesiennych owoców i zapach twoich perfum pamiętam może? dzisiaj mam całe niebo biorę wiatr w ramiona zbieram białe pióra znów jesień
zdarza się niebo jak moja szminka różowe jesienią bóg jest wrzosowy niepokojącym fioletem zasnuwa niebo rozrzuca pióra wron na ziemię liście w nocy nie śpią słyszę jak łzy lecą na trawę zdarza się niebo...
jeziora czerwone ryby pod mętną powierzchnią plamy na słońcu a tam dwa żółte zachody dwa jeziora złote ryby w srebrnej wodzie daleko gdzieś we mnie? szybciej od światła niemożliwe? a jednak
opadają róże w wazonach w ogrodach lecą w niebo płatki kwiatów nieznanych sezon na jesienne anioły i pióra zielonych ptaków bukietów ze snów błękitnych złudzeń poezji
przenikną się w obłok dymiący fajerwerk na niebie ekspresją materii impresją krótką pomniejszone wracają na ziemię samotne marzące miękkie maszyny znikąd płyną w nieznane po wielkim niebie czerwone chmury
nie patrzę tam gdzie twoje oczy nie zbiegną się spojrzenia rozejdą się w inne noce morza muszle kamienie
kamienie w kolorach ziemi fundamenty kamienie grobowe białe jak szaty anioła czyste diamenty krystaliczne formy węgla święte kamienie polne kamienie cyrkonie zwykłe szkiełka ciepłe bursztyny te sztu...
z ostatnim żółtym owadem uciekła motylowatość odlecą ptaki przylecą cekinowe imitacje przyczepione do gołych drzew wieczorem emitują sztuczne światła a po nich śnieżne anioły wypełnią popielatą prozę
niebo się może zapalić w każdej chwili atak bakterii grzybów wirusów kosmitów wariatów zjawy z białymi włosami już chodzą po ziemi dziwne rzeczy się dzieją gdy Bóg śpi
nie wygram tej wojny nikt nie wygrywa ale nałożę makijaż w barwach wojennych jak Indianie
po wątrobę poszedł z różą zakochany a tam płuca nerki serca purpurowe jak miłość zjadł tkankę czerwoną jak róża
jesienią zbieram kasztany błyszczące rozrzucone nieokreślona myślę słowami filozofów pesymistów poetów przeklętych szukająca polnych kamieni może fantasy
może już wyrosło drzewo na moją trumnę szumi nocą sennie śni mu się nieboszczyk zamknięty w jego wnętrzu dla jarrino największego pesymisty wszech czasów na pocieszenie z dedykacją gizela już go tu publikowałam...
stare wazony ktoś wkładał kwiaty jakaś kobieta w kapeluszu sprzed wieku układała bukiety śni mi się przychodzi przeszłością z tym samym księżycem melancholią wspomnień jesienną nocą