konsumuję palę wydalam pompa pracuje miarowo wydalam wydzielam palę maluję gówno przypomina ufo
Utwory
wypowiedziane sprowadzą senne koszmary spadną jak bomby na chore miasto widziałeś jak płakałam moje łzy to wiosenny deszcz
słuchał szumu muszli nocą zapominał że to muszla klozetowa bawił się deską sedesową zamykał i otwierał rzucał nią o ścianę czasami zakładał na głowę i szedł przed siebie w stronę oceanu
nie istnieją anioły końca to zły sen nocą palą się świece zapomnij ze mną w różanej pościeli nie pamiętaj do jutra
w grze wstępnej rozkręć mi śrubki ja ci dokręcę z szybkością światła nim ufo przeleci po niebie będzie po wszystkim
białe ludziki zimne jak sala sekcyjna nieuniknione kroją bez anestezji przyjdą o świcie postawią białą diagnozę
za mało danych wymyślę swoją wersję z niczego będziesz miał twarz doktora House'a Mój Boże
gdy już stoję w tej czarnej sukience nie mów o miłości pójdę z martwym płodem w ramionach tam gdzie rosną białe kalie
umrę na białej poduszce tu mnie całowałeś miałam czerwone paznokcie i usta umrę w białej pościeli nad ranem
gdy już wyjmę moje gałki oczne wrzucę je do szklanki zostają czarne oczodoły pasują do trumny w której śpię
czasem wypadają mi gałki oczne w sumie to nie są mi potrzebne ale z nimi lepiej wyglądam więc je wkładam w oczodoły
muszę podnieść moją głowę potoczyła się na ulicę mózg się wylał wsadzę go z powrotem szybko głowę wkręcę na szyję idę dalej
rozłożyłam mój wachlarz w abstrakcyjne wzory poszedł sobie nie podobał mu się lubił ten z różowych piór
zamykam drzwi maluję autystyczne akty kobieta w oknie patrzy na samoloty nie otwieraj umarłam
rozsypany niematerialnie cichym strzałem z wnętrza składa się sam od nowa stoi w środku nieśmiertelny
nasze cisze osobne jak wstęp do wielkiej ciszy gdzie wszystkie cisze świata się przenikną może wtedy będę twoja a ty mój
nie dotykaj dżwiękiem właśnie ją rysuję myślami ja swoją ty swoją malujesz dwie cisze samotne nocą
czas grabi liście pakuje w niebieskie worki drzewa stoją jak krzyże