czym mogę podziękować
wytartą stalówką
ze śladami wzruszeń
na końcu
wiele mówiącą frazą
z ukwieconej nostalgii
wędrującą po bezdrożach
nieprzekupnych myśli
malowanym opisem
kwiatów w uści...
jeszcze nie zasnę
księżyc w oczach dojrzewa
przegląda się jak w studni
kroplami wody czas odmierza
za oknem zamieć
śnieg taje za cieniem drzewa
myślę o szumnym liściu
słońcu na bezkresie nieb...
zabrała spiżowe słowa
ze sobą
stało się zwyczajniej
jak bez lampki nocnej
przeganiającej światłem
niesforne cienie
śmierć jak każda
starła trochę łez
z życzliwego uśmiechu
kawałkiem czarnej...
w rozkołysanym tataraku
łódź wąska zamarła
mgła osiadła na wiosłach
z nocy srebro starła
słońce w meandrach nieba
jak ołów połyskliwe
bóbr z żeremia wyjrzał
łoś sapnął chrapliwie
łowi do z...
bez domiaru uczuć
zdobny w powagę cienia
będę na pewno cięższy
o kilka gramów myśli
które zatętnią bólem
czy było warto
przetoczyć się
jak drewnianym kołem
poza koleiny wytyczone zgiełkiem...
naćpałem się jak smog
z przydomowego ogniska
złość zamknęła lufcik na haczyk
z drapieżnym popędem wiatru
nostalgia ułożyła poduszki
w parę samotnych łabędzi
smutek z podkrążonymi oczami
choruje...
nie dostrzegam uśmiechu
znajomego gazeciarza
oczy jak brązowe korale
zawisły na pomarszczonej szyi czasu
posypały się rzęsy
płatkami słonecznika
polegam na mimice twarzy
jakbym już tylko tam...
już czas zebrać plony
z bławatkowych pól
na smukłych obcasach
czerwone maki
niedojrzałe pocałunki
dyskretne spojrzenia
w dyfuzji gorącego zachodu
przełamane cieniem
splecione dłonie
nikną świ...
na przykrótkim łańcuchu
szarpie się strach
ratuje od zagłady
resztki przywiązania
wyprężony w promieniu światła
dotyka wilgotnym nosem
twoją rękę
potem obgryza mrok
aż do kości
gdy cię wreszcie okiełznam
odejdę jak zdobywca
zaświntuszę na pożegnanie
figlarne graffiti
na poręczy nieprawego łoża
w krótkich spodenkach
z kieszenią na notesik
napnę opalone bicepsy
na do...
z tobą to reality
w cudzym wcieleniu na żywo
przygryzam język
ma smak krwi
dobre chęci jak porwany latawiec
górują nad piekłem
palce to kupka suszu
szorstkie w dotyku
sen topielca
w strzę...
spłoszony sen
w kopercie ze srebra
odnajduję północ
w uśpionych wskazówkach
oswojony z bezwstydną nagością
poświaty księżyca
widzę za szybą swojego ducha
chwiejącego się na wietrze
w struga...
kiedy rozmawiam z oceanem
mówię o miłości
zaklęta w falach
szumi jak zapomniana muszla
zakopana na dnie
jak zatopiona atlantyda
czeka na powtórne odkrycie
ten rok
zgodził się ze mną
w zadumie
wygiął ostry pazur
na mojej szyi
nie dość jeszcze
wykrwawił
zmyłem frustracje deszczem
może stanę się
bardziej ludzki
dla siebie
bliżej rozsypanych włosów
naręcza długich palców
rozgrzane sfalowane wargi
wilgotne o smaku monsunowego wiatru
rzucony na żer zmysłom
staram się być
powtarzam niepotrzebne słowa
ale znów cisza...
tak cicho
można być tylko z sobą
lub z lunatykującym księżycem
wpatrzony w sufit
nabieram rumieńców poranka
gdy ptak zajrzy w okno
przegoni stukaniem resztki snu
tak często
można być tyl...
mieszka sama w kącie
poza zasięgiem światła
pomarszczona jak skorupka orzecha
gdy zgubiony podmuch wiatru
rozpuszcza jej siwe włosy
otwiera szeroko oczy
patrzy z uśmiechem na ocean czasu
który...
wciąż podskakujesz
jak rozzłoszczony kogut
patrzysz na mnie z góry
trafiasz szybkim wolejem
w czuły punkt
tracę równowagę ducha
gdy mierzysz do mnie
z karnego
chowam się w szatni
pozbędę się...
czasami wychodzę
poza nawias własnego cienia
opalam twarz do bólu
powtarzaną sekwencją ultrafioletu
balansuję na pajęczynie
każdej lepszej drogi
po przejęciu burzy
dotykam rękoma chmur
widzę...
wygarniam szuflą wiatr
złość jak pomruk burzy
wibruje
słońce mruga zaledwie
okryte mgłą
nieśmiało wyjrzy
jestem jak kamień
który ugrzązł w przepaści słów
w pantomimie rzeźby