nie czekam dłużej wiatr rozwiał kwadrans w godziny czarne punkty ptaków lecących w różne strony układam się w pozycję płodu stępioną stalówką pokrywam ciało tatuażem wystawiam w dziale ogłoszeń w afekcie poszukiwań je...
Utwory
zaglądasz przez ramię jak wieczór muskasz twardy kark wilgotnym dreszczem rysuję ni to drzewa skrawki pól z plątaniną ścieżek i nas dwoje połączonych cieniem każdy własnego odbicia
nie zrywam już kwiatów rosną obok jak wydłużone rzęsy na szypułce światła z kroplami źrenic pilnuję ich snu z głową na stole oczekuję świtu
wiatr zamyka usta skrawkami gazet ulegam iluzji słowa wielkich liter drapacze chmur rozdrapują niebo pod mikroskopem odkrywam chlorofil delikatne unerwienie liścia
wyrwane z kontekstu zdania zalewam atramentem przepisuję nadzieję jak lekarz receptę na potem kolejna kartka zwinięta w ciasny węzeł jak rak na który nie ma lekarstwa ląduje w koszu
używam z przekonaniem nawykłych do pożegnań bezradnych z wysiłku rąk głowy pełnej frazesów w okowach sugestii przytakującej niejasnym sytuacjom często zaleca kwadrans płaczu gwoli modnemu oczyszczaniu przydeptanych stó...
rozpuszcza się w ustach płatek uszu pulsuje zastała krew na wygiętej szyi wydrapuję paznokciem słodko kwaśne pręgi tak smakuje pożegnanie puszczam twoje dłonie zaciśnięte usta powielają zmierzch w nieruchomych oczach
nie uczę niczego nowego jak zabiec drogę innym mniej zamyślonym zagrać ostatnim słowem w kasynie zmyślonych fortun patrzeć w jeden punkt zaćmienia i rozbłysku nowo powstałej gwiazdy bez znaczenia i nazwy nie uczę niczego...
zbyt mały zasięg dobrych i złych uczynków jak zaniechany grzech dryfuję siłą ciążenia skurczony w pięść bezwładną siecią zmarszczek łapię ćmy cytaty życia czytam jak wytarte frazesy dzwonię na jedyny numer który zdołałem...
jadę powoli nie skręcam w ślepe ulice mijam twarze w oknach przelotne deszcze na wprost zeszklonych krajobrazów zwalniam przy światłach po gorszej stronie zebry przyśpieszam kieruję się na drzewa już tylko one obojętnie...
przechowuję sny każdy wieszam na ścianie surrealistyczny kicz przyglądam się wybrakowanym falom kurczącym się w zielonej toni pełzającym skrzelom w spazmatycznym wydechu wyplutym z kwadratowego wulkanu wszystkim zebranym...
oddech to bicie zegara wygładzam dotykiem zdumione uczucia w intymnych korytarzach krasnoludek z latarnią otwiera szeroko oczy nie poznaje świata w gorącej poświacie zamieniony w sekwencję chwil jak metronom tykam bez...
"dobrzy ludzie błogosławcie zdarzenia które przeszły błogosławcie i te co przyjdą " - J.Czechowicz dusza w pokorze niebo rozkrwawia drzewa stygmaty w bandażach jesieni usta pełne dżdżu oczy jak świtanie chłód po...
już nie zbieram liści brodzę niepewnym szelestem próbuję dotrzeć do drzew wspiąć się na górę świata złapać wysoko trzeci oddech już nie do biegu lecz zwykłego marszu
w schowku po lewej trochę pszczół i miodu do zatarcia śladów nieobyczajnego życia w słodkim wypieku niemało zakalca nie krzyw się nie zjemy go razem w osobnych celach popatrzymy przez okienko na swoje kolejne szczęśliwe...
spóźniłem się potoczyły się dni kołem fortuny stoję nagi jak midas zamieniam w złoto szare chmury i deszcz w palące krople
przypomina dzieciństwo owinięta wstążkami powoju usypia i pociesza wskazuje kierunek na drodze częstej troski pomarszczona jak dojrzała oliwka zawsze zmieści moją dłoń ręka mojej matki
powiedziała nie umiesz kochać drzwi przytrzasnęły palce rozpierzchły się myśli w drzazgi nie wiedziała iż spotkam kochankę w uśmiechu kolejnego dnia w jej ramionach poznam smak soli zapach jesiennych liści
z tobą odeszły moje monotematyczne oczy bez powiek i snu ułożone w poprzek torów serce czekające na ostatnie światło latarni w nowo zrozumianą ciszę czerwiec 2001
przyprószyłem włosy zleżałym popiołem pokruszoną namiętnością wygasłego ogniska brodzę w pamięci rozkopanym ogrodem próbuję rozróżnić dobre i złe moje i twoje dawno przeżyte nasze