nie czekam dłużej
wiatr rozwiał kwadrans w godziny
czarne punkty ptaków
lecących w różne strony
układam się w pozycję płodu
stępioną stalówką
pokrywam ciało tatuażem
wystawiam w dziale ogłosz...
zaglądasz przez ramię
jak wieczór
muskasz twardy kark
wilgotnym dreszczem
rysuję ni to drzewa
skrawki pól
z plątaniną ścieżek
i nas dwoje
połączonych cieniem
każdy własnego odbicia
wyrwane z kontekstu zdania
zalewam atramentem
przepisuję nadzieję
jak lekarz receptę
na potem
kolejna kartka
zwinięta w ciasny węzeł
jak rak
na który nie ma lekarstwa
ląduje w koszu
używam z przekonaniem
nawykłych do pożegnań
bezradnych z wysiłku rąk
głowy pełnej frazesów
w okowach sugestii
przytakującej niejasnym sytuacjom
często zaleca kwadrans płaczu
gwoli modnemu o...
nie uczę niczego nowego
jak zabiec drogę innym
mniej zamyślonym
zagrać ostatnim słowem
w kasynie zmyślonych fortun
patrzeć w jeden punkt
zaćmienia i rozbłysku
nowo powstałej gwiazdy
bez znacz...
zbyt mały zasięg dobrych
i złych uczynków
jak zaniechany grzech
dryfuję siłą ciążenia
skurczony w pięść
bezwładną siecią zmarszczek
łapię ćmy
cytaty życia
czytam jak wytarte frazesy
dzwonię n...
jadę powoli
nie skręcam w ślepe ulice
mijam twarze w oknach
przelotne deszcze
na wprost zeszklonych krajobrazów
zwalniam przy światłach
po gorszej stronie zebry
przyśpieszam
kieruję się na drz...
przechowuję sny
każdy wieszam na ścianie
surrealistyczny kicz
przyglądam się wybrakowanym falom
kurczącym się w zielonej toni
pełzającym skrzelom
w spazmatycznym wydechu
wyplutym z kwadratoweg...
oddech to bicie zegara
wygładzam dotykiem
zdumione uczucia
w intymnych korytarzach
krasnoludek z latarnią
otwiera szeroko oczy
nie poznaje świata
w gorącej poświacie
zamieniony w sekwencję...
"dobrzy ludzie błogosławcie zdarzenia które przeszły błogosławcie i te co przyjdą " - J.Czechowicz
dusza w pokorze
niebo rozkrwawia
drzewa stygmaty
w bandażach jesieni
usta pełne dżdż...
już nie zbieram liści
brodzę niepewnym szelestem
próbuję dotrzeć do drzew
wspiąć się na górę świata
złapać wysoko
trzeci oddech
już nie do biegu
lecz zwykłego marszu
w schowku po lewej
trochę pszczół i miodu
do zatarcia śladów
nieobyczajnego życia
w słodkim wypieku
niemało zakalca
nie krzyw się
nie zjemy go razem
w osobnych celach
popatrzymy przez okienko...
przypomina dzieciństwo
owinięta wstążkami powoju
usypia i pociesza
wskazuje kierunek
na drodze częstej troski
pomarszczona jak dojrzała oliwka
zawsze zmieści moją dłoń
ręka mojej matki
powiedziała
nie umiesz kochać
drzwi przytrzasnęły palce
rozpierzchły się myśli w drzazgi
nie wiedziała iż spotkam kochankę
w uśmiechu kolejnego dnia
w jej ramionach
poznam smak soli
zapach...
z tobą odeszły
moje monotematyczne oczy
bez powiek i snu
ułożone w poprzek torów serce
czekające na ostatnie światło latarni
w nowo zrozumianą ciszę
czerwiec 2001