usiłowałem znaleźć to miejsce gdzie zarys twojego ciała znaczą bladoróżowe farby a nagość jak kwas przeżera pożądanie w pojemnym życiu zabrakło jednak miejsca na bujany fotel i werandę z lipowego drzewa
Utwory
patrzę na szybę wolno toczą się krople deszczu ale to jeszcze niecały smutek wypisany na mojej twarzy
już ciebie nie ma chociaż drzwi nie przymknęły jeszcze serca w harlequinie znalazłem powód twojego odejścia wbrew wyobraźni i naturze
te kamienie potrafią słuchać rozmodlonego wiatru czasami skorpion wyjrzy ostrym żądłem jadu porozrzuca święte prawo w staccato karabinowych kul zabarwi na czerwono białe karteczki próśb wetkniętych w szczelinę jak ziar...
miłość jest większa ode mnie słusznej wagi jak usypana zaspa przykrywa zieloną winorośl ma czerwone policzki zimne ręce okryta szalem próbuje odmrozić serce które jak u Kaja zastygło do wiosny w małym odłamku lus...
usuwam zleżały śnieg z zakoli ust kąsa zimnem wystudiowana reklama mikołaja kładą się cienie świerków pod ciosami siekier uciekają wystraszone szpaki ich żółte dzioby nakłuwają białą ciszę pakuję wieczór w ozdobny pap...
w szumie informacji odnajduję siebie jak wlokę się po przecinku wiążąc jeden koniec z drugim przeciągam na swoją stronę czas na powtórne narodziny plecak uwiera jak krzyż z uporem gąsienicy liczę stopnie jak swoje grzech...
teatralnym gestem nie zatrzymam wypaczonej ciszy boksują w miejscu niezrażone stopy twoje oczy żalem przelane i moje gasnące
już ta milość nie doczeka świtu a ptak nie uskrzydli nieba pająk chowa sieci kupidyn strzałę noc zasypia pod gruszą z gwiazdami pod głową
przebarwiła się noc pod ciężarem świtu znów ta łza została bez znaczenia ty pieścisz już cudze myśli ja mrużę oczy od słońca
skręcam się w dobrą stronę z tyłu nikt już nie czeka rdzewieje porzucony kwiat lotosu od słupa do słupa przewieszony poranek powiewa ukośnym deszczem patrzę na swój pępek od zeza nikt nie oszalał może urosnę na dwa ca...
jest we mnie trochę nadziei i męskiej dumy kiedy idąc z tobą pod rękę mijam sny jak kwiaty ścielące się nisko przy ziemi
drzwi stoją otworem a mrok ma otwarte oczy dym z komina porasta drogę jak przeszłość na którą patrzę bez żalu
zbieram cię z ziemi już nie napuszoną jak ten dmuchawiec co mi go zabrał wiatr wypatruję cię w słońcu nadal oślepiasz w ciemnych okularach oczekuję kolejnego zaćmienia ujrzałem cię w wodzie jak rozchodzisz się w kręga...
przypominam sen jak martwa woda stałem się minioną porą taflą lodu byłem wtedy tylko trochę bardziej realny od pękniętej struny światła czy podmuchu wiatru
jaskółki jak czarne nuty mokną zbieram szum deszczu w otwarty fortepian okrywam płaszczem plecy Chopina niech gra
zawracam czas kołem sterowym jak majtek na bocianim gnieździe wypatruję złamanych na rafie fal głębin pamięci lecz to tylko szczątki lin porwane pajęcze sieci brudna mgła która unosi białe żagle pod naporem wiatru
cicho tu bez ciebie skrzypi zardzewiała furtka wiatr ją otworzył na przestrzał światło rozprasza mrok tlą się cienie w kominku biję się z myślami jak z tą ciszą zbyt wymowną na nutę żalu
utkany z mgieł patrzę na wyblakłe słońce płatki śniegu jak szklana wata przysypały czerwony berberys zgubię się w przyziemnej nostalgii na drodze za mostem którędy odszedł świt