przyprószyłem włosy
zleżałym popiołem
pokruszoną namiętnością
wygasłego ogniska
brodzę w pamięci
rozkopanym ogrodem
próbuję rozróżnić
dobre i złe
moje i twoje
dawno przeżyte
nasze
w dwuwymiarowym świecie
zamknięty w przestrzeni
rozpoznawalnego dotyku
schodzony bezkres
nie mami odwagą
zszarzałych emocji
wrzucam kamień
w środek posklejanych puzzli
rozbite
ponownie roz...
trawy przykryte zimnem
szron składa kostkę rubika
na rżyskach pól rdzawy ślad
lis bezszelestnie w jesień umyka
układam myśli do snu
mgłą okrywam troski szkarłatne
powiedz jak dojść do krętej d...
biegnę po kałużach
wołam swoim imieniem
zlizuję krople soli
niepewny języka
nazywam źródła ułudy
mojej miłości
podparty trójnogim krzesłem
sięgam po cudze myśli
płaszczem z klonowych liści
ogrzewam chłodny charakter
poruszony drgnieniem wiatru
rozkładam kartki babiego lata
album letnich zachodów
w okładkach z lapis lazuli
podlewam astry
wsiąka w ziemię nostalgia
żal porzuconej kochanki
radość narodzin
złożona obietnica poprawy
kwiaty są kolorowe
czasami ciemnieją
jak chmury
przed kolejnym deszczem
rozszerzone źrenice
wypełnione światłem
tak mruga czas
po stracie cennych minut
cofa wskazówki
jakby chciał przywrócić
zarys całego serca
przeciętego na pół
zwykłym słowem
zerwałem się nocą
owinięty w tapicerkę fotela
obserwowałem strach
pełzając po ścianach
był coraz bliżej
jakby chciał
poderżnąć mi gardło
moją bezradnością
płoty podpierają starą wieś
pokornieją chaty we mgle
mokre wierzby w poprzek drogi
kłócą się z perspektywą
rozpytuję ciszę o drogę
wyją bezpańskie psy
słyszę je jeszcze długo
za sobą
matka mówi
przyjedź
podlejesz pelargonie
wkleisz nowy dzień w okna
uśmiech z laurek dzieci
marzenia wypełniły naczynia
rozlały się winem na stole
powoli wsiąka smutek
w obrus obszyty koronką...
nie jestem sam
ustami wiatru zbieram liście
prężę mięśnie w konarach drzew
spijam rosę z pucharów wrzosów
patrzę pod słońce
spłonę za miliardy lat
idąc pod rękę z ciszą
wypełniony bytami
nie...
nie liczę już ścian
zburzonych jednym kopniakiem
z siłą wulkanu
wylewam całą darowaną psychoanalizę
na osi ja - serce
nastaje spokój
pusty jak jutowy worek
marszczę na deszczu
piegowaty od sł...
dotykam palcami ust
nie prowokują czerwienią
szare jak dzień powszedni
noszą ślady częstego używania
przetoczyły kilogramy słów
przegryzione stratą
nabrzmiałe pożądaniem
z pierwowzoru zachowały...
mętna i delikatna
tkwi w szczelinie oka
godzi męskość
nie nadaje się do gry
w długotrwałą słabość
zażenowana moją obecnością
spływa zmarszczką
skarcona powiewem wiatru
wysycha szybko
w tw...